Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Jakie zmysły biorą udział w jedzeniu? Podstawowe – smak, węch i wzrok. Jeśli nie potrzebujemy sztućca, to jeszcze dotyk. I to właściwie by wystarczyło. Został nam tylko słuch. Możemy spożywać w kompletnej ciszy, ale odgłosy mlaskania, siorbania, gryzienia, ciumkania, czy przełykania, trochę deprymują. A nie daj Boże mieć przy tym katar! Dość efektowny dźwięk daje np. przejechanie nożem po pustym talerzu lub przysłowiowe mieszanie cukru w szklance. Jak więc walczyć z przykrymi efektami akustycznymi? Podobnie, jak znawcy walki z „objawami dnia wczorajszego” zalecają leczyć tym, czym się struło, tak i w tym przypadku najlepiej dźwięk pokonać dźwiękiem.

Jestem w lokalu o włoskiej nazwie i menu, a z głośników wypływa discopolowy delfin. Potupałem trochę nogą, nie tyle rytmicznie, co nerwowo i czym prędzej wychodzę gdzie indziej, rozmyślając jak rozśpiewanym narodem są Włosi… Ale cóż dziwić się właścicielom lokali – przecież wychodzą naprzeciw oczekiwaniom klientów. Przecież to oni wybrali swojego reprezentanta do Eurowizji i to oni też głosowali na swojego pupila w Sopocie.  Niejaka Mandaryna, która z podziwu godną konsekwencją mijała się z dźwiękiem, udowodniła, że na festiwalu piosenki można bez przeszkód wystąpić (z premedytacją używam określenia „wystąpić”, a nie „zaśpiewać”) i pokonać takich wokalistów jak Flinta, Kiljański czy nagrodzony przez jury, Piasek.  To jest przerażające i porażające jednocześnie. Kiedyś uważałem, że najgorzej śpiewającym zjawiskiem w naszym szoł-biznesie jest Michał Czerwonowłosy. Okazało się jednak, że to nieprawda. Już widzę, jak wieczorem ta para (ona – pod prysznicem, on – przy umywalce) unisono śpiewa: „keine grenzen”. No cóż, dawno temu Jerzy Stuhr wyrokował, że każdy śpiewać może…
Zaskakujące też były recenzje gazetowe po sopockim festiwalu. Przekonany byłem, że znajdę w nich surowe, druzgocące krytyki,  które nie zostawią suchej nitki na kompromitującym się wykonawcy, a tu co? Jakieś takie niejasne, wymijające stwierdzenia, że chyba była zdenerwowana, nienajlepiej zaśpiewała itd… Puściłem sobie płytę Cesarii Evory na uspokojenie. Balsam dla duszy.

Istnieje gradacja muzykalności, która zaczyna się od słuchu absolutnego. Na przedostatnim miejscu znajduje się określenie: „muzyka nie przeszkadza mi w tańcu”, a na ostatnim: „słyszę, że grają”. Doczekaliśmy się jeszcze niższego poziomu: „widzę, że grają”.  Brak uszu nie przeszkadza np. odbiorcom muzyki techno, gdzie wystarczy wpadająca w rytm przepona. Pewnego dnia poszliśmy ze znajomymi do knajpki na tańce. Zwykle DJ-e są niereformowalni grają tylko taką muzykę, jaką lubią (na nic prośby i płacze!). Tym razem, proszę bardzo, DJ gra pod gusta obecnych na parkiecie, tyle, że musi-być-głośno. Własnych myśli nie słychać – wrzeszczymy sobie z całych sił do uszu. Tak, rozumiem – przepona i język migowy.

Poruszający jest fakt, że osoby z ograniczonym słuchem tak chętnie i szczodrze dzielą się z innymi swoimi fascynacjami muzycznymi. Nie zamykają się w czterech ścianach, a wręcz przeciwnie – otwierają okno, w którym umieszczają głośnik i rozkręcają go do granic możliwości. Mają pewnie nadzieję, że skoro oni są posiadaczami słabego słuchu, to może chociaż innym sprawią odrobinę radości. No bo jak inaczej to wytłumaczyć? Chyba, że też  „keine grenzen”!?

Uprzedzając fakty, przyszłoroczny festiwal w Sopocie mógłby wyglądać np. tak: aby oszczędzić występującym trudności związanych z wykonaniem utworu (tekst też trzeba zapamiętać), mógłby z taśmy lecieć jeden podkład muzyczny, taki sam dla wszystkich np. „O sole mio” w wykonaniu „Trzech Tenorów”. Nasi bohaterowie wchodziliby kolejno na scenę, uśmiechali się, wyginali, a gdyby ktoś koniecznie chciał, mógłby ze sobą wziąć jakiś instrument dla ozdoby, potem ukłon i wyjście. Każdy miałby tyle samo czasu i to byłoby sprawiedliwe (na podobnych zasadach mogłyby odbywać się też debaty polityczne).

Wróćmy do lokali gastronomicznych i rozrywkowych. Skoro mamy społeczeństwo głuche, to restauracje, puby czy kawiarnie, nastawiając się na masowego konsumenta, muszą uwzględnić jego potrzeby i wymagania. Należy jednak pamiętać, że sprawa nagłośnienia i doboru muzyki jest integralną częścią wystroju, tworzy niepowtarzalny klimat miejsca. Miejsca, do którego chcielibyśmy z przyjemnością wracać, albo nigdy więcej już nie zaglądać. Dla całej rzeszy obojętnych na to, co i jak grają, można by stworzyć specjalne lokale i opatrzyć je nalepką przy wejściu: „dla słyszących inaczej”. Zaoszczędziłoby to ich właścicielom marudzących klientów, a owym klientom fatygi i cierpienia.