Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Dzisiaj (23 sierpnia) przypada szwedzkie święto Surstrőmming. Polega na uroczystej degustacji kiszonych, sfermentowanych śledzi. Nie przyzwyczajonym trudno wyobrazić sobie coś bardziej obrzydliwego – podobno zapach tego szwedzkiego przysmaku zabija muchy w locie w promieniu 100 metrów, a oczekujących biesiadników przyprawia o szczypanie oczu.

Potrawa wywodzi się z dawnych czasów, kiedy oszczędzano, co się tylko dało – w tym przypadku sól. Dodawano jej do ryb tylko tyle, by nie zgniły. Skutkiem tego zabiegu śledzie fermentują w beczkach przez miesiąc do dwóch, a potem są puszkowane i poddane dalszej fermentacji. Efekt jest taki, że już po pół roku wybrzuszona puszka przypomina małą bombę – jej otwarcie grozi obryzganiem wszystkich dookoła cuchnącą zawartością. Niektóre linie lotnicze wprowadziły zakaz przewożenia tych puszek, traktując je jako niebezpieczny materiał pod dużym ciśnieniem.

Nie szkodzi, że obryzgane śledziem ubrania trzeba wymieniać, bo tego się nie da doprać – ważne, że Szwedzi się tym zajadają. Oczywiście przez lata wypracowali wiele sposobów na otwieranie puszki – otwierają ją pod wodą, co podobno łagodzi zapach, a najczęściej na zewnątrz, żeby nie zasmrodzić kuchni.

Potem zostaje już tylko degustacja – wraz ze szwedzkimi, żółtymi kartoflami i jęczmienną macą albo chlebem tunnbrőd. Najpierw jednak trzeba wyjąć śledzie z puszki w całości, rozciąć wzdłuż i oczyścić z wnętrzności. Mięso oddziela się od ości widelcem, ugniata i rozprowadza na kanapkach. Do tego oczywiście wódka lub kwaśne mleko.

Źródło: www.swedenabroad.com, www.wikipedia.pl

 

Foto: Wikipedia, Wolna enyklopedia

Na zdjęiu: surstrőmming w solnej zalewie