Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

To zdecydowanie jedna z najlepszych restauracyjnych nazw. Rozpala wyobraźnię zanim się tam w ogóle pojedzie. W końcu alchemia przywodzi na myśl najpiękniejsze opowieści o szaleńcach poszukujących kamienia filozoficznego i formuł pozwalających zamienić ołów w złoto. Tak przynajmniej każą nam wierzyć oficjalne podręczniki historii. Zatem po nazwie takiej oczekujemy zamanifestowania obecności Cagliostro, czy hrabiego Saint-Germain. Niestety, alchemia w nazwie tej nowej restauracji… na nazwie się kończy – zastajemy lokal i owszem przytulny i z całkiem dobra kuchnią, ale alchemii nie zaświadczysz tu ani za grosz.

Dużo gołej cegły, lite drewniane ławy i fikuśny kominek żywcem wyjęty w wyobraźni Gaudiego: wygląda jak z robiony z bitej śmietany. Do tego skromny barek, samoobsługa (zamawia się przy barze, ale zamówione dania przynoszą do stolika) i to właściwie wszystko, co można powiedzieć o wystroju Alchemii Smaków. Zostaje jeszcze kuchnia, w której jeśli pominąć pizzę, można znaleźć coś ciekawego. Mianowicie zestaw dań pod tajemniczą nazwą sharoma, pod którą kryją się cienkie paski mięsa smażone na patelni i podawane z przedziwnymi sosami. Wybrałem sharomę francuską, czyli zasmażaną łopatkę w ognistym sosie (10 zł) z zasmażanymi ziemniakami (3,5 zł), sałatkę serową (9 zł) i szczerze powiem, że sharoma wzbudziła mój podziw. Znakomite połączenie  – szczególnie ten sos. Palił jak diabli, więc należało go dodatkowo schłodzić winem. Zdecydowałem się na hiszpańskie Castillo de Liria (4 zł). Trochę sikacz taki, ale z drugiej strony w tej cenie czego się mogłem spodziewać? Spróbowałem jeszcze wątróbek w bekonie (7 zł) i tu kolejna przyjemna niespodzianka: otóż w daniu tym najzwyczajniejsze śliwki w bekonie zostały jeszcze uzupełnione o wątróbkę. No, nie powiem – bardzo dobre. I na tym, niestety, kończy się kulinarna przygoda z Alchemią Smaków, w której i owszem smaki są na wysokim poziomie, ale gdzie tu alchemia?

Powinniśmy się zastanowić, gdzie mogłaby być? No, przede wszystkim w smakach. Spodziewałem się szalonych kulinarnych eksperymentów, jak u tego angielskiego kucharza z Discovery, który na podstawie chemicznej analizy łączy ze sobą w kuchni rzeczy, których połączenia nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić. Jak na przykład ciemną, gorzką czekoladę z pleśniowym serem. Okropne prawda? A podobno smakuje doskonale, bo jakieś tam cząsteczki, czy inne katony do siebie rewelacyjnie pasują. Skoro zaś nie ma w Alchemii Smaków tego rodzaju odjazdu, to może powinna się dowoływać do historii światowej alchemii. Gdzie zatem stoją rzędy pipet, kolb i innych probówek? Gdzie moździerze ubijające na pył wysuszone jaszczurcze ogony, mandragorę i włosy wisielca?

A może warto zajrzeć na karty historii i przywołać postać największego alchemika wszechczasów Hermesa Trismegistosa, od którego to wszystko się zaczęło? Cała alchemia z jej odwiecznym poszukiwaniem eliksiru młodości – przeinaczonego przez bardów i tych, którzy prawdziwych alchemicznych poszukiwań nie rozumieli. Bo jak mieli zrozumieć, że eliksir młodości mógł nie być żadnym magicznym napojem, ale metaforą zmiany, odmłodzenia samego siebie? Według Hermesa, przedmiotem działań alchemicznych formuł miał być sam alchemik, a nie jego laboratorium wypełnione dziwnymi substancjami. Ołów zaś i złoto symbolizować miały dwa stany ludzkiej świadomości – przedoświeceniowy i iluminację, po której uzyskuje się wieczną młodość. Bo, jak mówią wielcy mistrzowie Wschodu, człowiek oświecony nie jest w stanie zauważyć własnej śmierci – musi więc być wiecznie młody. Historia wielkich magów, światłych alchemików do dzisiaj spędza nam sen z powiek, bo jakże to tak, że Hrabiego Saint-Germain widywano w różnych miejscach Europy przez setki lat, o czym watro pamiętać spacerując dzisiaj nazwanymi jego imieniem paryskimi bulwarami. I właśnie takiej alchemii najbardziej brakuje mi w Alchemii Smaków. Wielka szkoda – bo nazwa restauracji wybrana po mistrzowsku.

Restauracja, pizzeria "Alchemia Smaków", Czechowice-Dziedzice, ul. Sobieskiego 17