Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Tak głupkowatego programu dawno nie widziałem. Kanał Travel emituje przeważnie nietoksyczne pozycje. Można się dowiedzieć tego i owego ze świata, zobaczyć to i owo oraz – co najważniejsze – po prostu odpocząć. To, co zobaczyłem w niedzielne popołudnie, a nazywało się „Hollywood & vines”, wprowadziło mnie w zdumienie.

Malownicze winnice, piwnice z rzędami beczek, degustacje wina na łonie natury, krajobrazy, jak z bajki – to wszystko zapowiadało, że zaraz będzie coś specjalnie dla mnie. Zatarłem dłonie i czym prędzej radośnie i w należytym skupieniu, usiadłem przed ekranem…

Zaczyna się! Ze starego zabudowania pamiętającego chyba czasy Zorro, wyłonił się starszy, lekko szpakowaty, dystyngowany jegomość w okularach. Super, znawca win, jak nic – pomyślałem. Za nim pojawił się młodzieniec – niewysoki, osiłkowaty latynos – pewnie ciekawski wszystkiego uczeń. Będzie młody pytał, a profesor wyjaśniał – byłem absolutnie pewien siebie.
… I gdyby w tym momencie wyłączyli prąd, albo musiałbym biec na pociąg, do drzwi zapukał poborca podatkowy, meteoryt wpadł do pokoju, jakiś zboczeniec przyłożył mi pistolet do głowy i kazał przełączyć na krzyżówkowe idio-tele, albo byłby po prostu koniec świata – gdyby cokolwiek przerwało mi oglądanie TV Travel….., ale nie! Zobaczyłem ciąg dalszy…

Dalej wyglądało to tak, jakby Teletubisie nadużyły taniego wina. Panowie świetnie bawili się w swoim towarzystwie. Dowcipkowali z siebie samych i sami się z tego cieszyli. Zupełny odjazd nastąpił był, kiedy to „profesor” przyznał się, że właśnie podprowadził komuś korkociąg. Ubaw po pachy! Normalnie do zemdlenia! Ha, ha, ha… – Faceci wykonują dziwne ruchy, poklepują się, szturchają, łapią i odpychają… Podchodzi trzeci – właściciel winnicy- teraz żartują też i z niego, ile wlezie. Ha, ha, ha… Cały czas trącają się, śmieją ze swoich uwag, obłapują i przepychają. Może to program dla mężczyzn lubiących mężczyzn? – przemknęło mi przez głowę…

O winie także było, jak spodziewałem się na początku. Gwiazdy Hollywoodu opowiadały o swoich ulubionych winach z Kalifornii. Pewien aktor (niestety, mi nie znany) stwierdził, że najlepsze wino jest z okolicy jakiejś tam (przepraszam, nie zapamiętałem). I to nieważne jaki rocznik – dodał. – Dlaczego? – Bo ja się tam urodziłem! Ha, ha, ha…

Potem podziwialiśmy okolicę z wieży dzwonnicy, znajdującej się na posesji. Okazało się, że jest to wspaniałe miejsce na osobiste żarty między prowadzącymi i winiarzem. Ze względu na umiejscowienie – na znacznie wyższym poziomie!…

Pod koniec, przez ekran przemknęło kilka butelek win (słownie: dwie), obok których dodano napisy czytane przez lektora. Konkretnie i fachowo. Litery przesuwały się tak jak w „Gwiezdnych wojnach”, tyle, że szybciej. Niełatwo było zapamiętać nazwę, rodzaj, rocznik, nagrody, szczepy i krótką charakterystykę. Pewnie celowy zabieg autorów – pomyślałem – więc nie ma co przejmować… Następnie pokazano jeszcze jakieś widoczki i tyle.

Oprócz poczucia, że pożyteczniej było by w tym czasie skubać stary dywan, naszła mnie myśl przejmująca – po co komu takie dziwactwa? Jeśli zrobiono to specjalnie pod amerykańskiego odbiorcę, to można by nabrać przekonania, że mieszkają tam sami debile. Jeśli to prawda, to szokująca. Szokująca tym bardziej, kiedy zwrócimy uwagę, jak pięknie rozwinęło się w ostatnich latach kalifornijskie winiarstwo! Z drugiej strony, patrząc na własne podwórko, na potencjał intelektualny kraju nad Wisłą – chcąc nie chcąc, zaczynamy czuć rysujący się z wolna na naszej twarzy, z początku subtelny, potem już bardzo wyraźny, pobłażliwy uśmieszek.