Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Reguła mówi, że najlepsze imprezy to te, które organizuje się spontanicznie. Jeśli to prawda, to balety kończące rok, z góry skazane są na niepowodzenie. Często niestety tak bywa, bo trudno na zawołanie wywołać w sobie szampański nastrój, tym bardziej kiedy przygotowania były czasochłonne i kosztowne zarazem. Koszt tzw. „Sylwestra” w tzw. „lokalu gastronomicznym” to wydatek kilkuset złotych. Jeśli doliczyć do tego koszt obowiązkowej nowej sukienki dla partnerki, bo ta, którą ma już się nie nadaje, bowiem została światu zaprezentowana w ubiegłym roku, to robi się z tego równiutki tysiąc, a może i dużo więcej. Co zaś najczęściej dostajemy w zamian? Towarzystwo pana Zdzicha, który już w połowie imprezy nie przestaje nas trącać łokciem wydzierając się do ucha: „No, a teraz na drugą nóżkę!” plus cztery plasterki szynki na krzyż, dwa korniszony i DJ-ja, któremu się wydaje, że jest również mistrzem konferansjerki!

I co robimy? Oczywiście pijemy z panem Zdzichem (po dwóch godzinach, już ze „Zdziśkiem – morda ty moja”) żeby ukoić ból po kolejnym zapodanym przez mikrofon dowcipie z brodą i do tego jeszcze źle opowiedzianym. Punkt kulminacyjny tego znieczulenia następuje około północy, kiedy należy się sprężyć na toast oraz życzenia i podnieść kołnierz marynarki, żeby nie trzeba było wyciągać z zań konfetti. Po dwunastej już jakoś leci: Zdzisio zdradza nasze towarzystwo dla Baśki, co miała mieć fajny biust, ale tak naprawdę ma tylko duży, na czym koncentrujemy uwagę, bo połowica nasza już przecież i tak od dwóch godzin się do nas nie odzywa, co wróży absolutnie koszmarny noworoczny poranek! Potem jeszcze tylko taksówka, gdzie połowicę udaje się jakoś udobruchać („no przecież udawałem tylko, że tyle piję, bo inaczej bym się tego Zdzicha do rana nie pozbył!”). I wreszcie jest już po wszystkim i możemy od tego sylwestrowego zamieszania odpocząć.
Inną wersją powyższej opowieści jest Sylwester młodzieżowy, czyli taki, którego przebieg trudno opowiedzieć, skoro mniej więcej od czasu pierwszej gwiazdki straciliśmy kontakt z rzeczywistością. Tylko na drugi dzień dowiadujemy się jak było fajnie usiłując szorstką gąbką zmyć napis „hepy nju jer”, który w trakcie snu naszego ktoś nam flamastrem poczynił na czole! Na szczęście z takich zabaw szybko się wyrasta i jedyną po nich pamiątką są krążące po internetowych „funny pics” kompromitujące nas zdjęcia.

Kolejną wersją spędzania Sylwestra szeroko promowaną ostatnimi laty jest zabawa na rynku. Byłoby w sumie fajnie: szampan z butelki, scena z zespołami i gorący grzaniec, gdyby tylko nie było tak cholernie zimno! Do tego jeszcze dochodzi rosnąca wśród gawiedzi agresja i to z każdym wypitym piwem, obkopane obuwie i popękane bębenki, bo inny Zdzicho (tym razem w wersji łyso – młodzieżowej) postanowił odpalić własnoręcznie kilka petard tuż nad naszą głową. Żadne też pocieszenie, kiedy wygolonego Zdzicha widzimy nazajutrz w Teleekspresie z obandażowanymi dłońmi pozbawionymi paluchów. W uszach dzwoni i nie che przestać.
No i na koniec nie sposób nie wspomnieć o sylwestrach domowych, które wprawdzie mają swoje plusy, ale nie tylko. W końcu bigos nie zawsze musi być udany, nastroje dobre, a alkoholu wystarczająco. Z drugiej zaś strony pety wetknięte w sałatkę wyglądają tak samo ohydnie w najlepszej restauracji jak w dużym pokoju. Plusem zaś niewątpliwym jest nieobecność pana Zdzicha, chyba że jesteśmy tak znudzeni, jak bohaterzy „Kolacji dla palantów” i eksperymentujemy żeby sobie z Zdzicha jaja robić, ale kto widział ten przedni film, ten wie jak takie eksperymenty mogą się skończyć.
Jedno jest pewne – najgorszy wariant, który możemy na Sylwestrową noc wybrać, to tango na białej sali, czyli rapsodia na pidżamę, łóżeczko i pilot do telewizora. Będzie cieplutko, rodzinnie i bezpiecznie, ale ani nie będzie czego opowiadać, ani czego żałować, ani na co się wściekać… Czyż może przydarzyć nam się coś bardziej nudnego i okropnego?