Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Okazuje się, że Sophia jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych w Polsce marek. Niestety, nie idzie tu o filozoficzną mądrość, ale o bułgarskie wino. Powiedzmy sobie szczerze: podłe, jak mało które – przypominające w smaku wodę po landrynkach zaprawioną zwietrzałym octem. Jak mawia jeden mój znajomy: kupowanie Sophii to jak partyjka rosyjskiej ruletki, z tą jednak różnicą, że w bębenku rewolweru miast jednego jeno naboju znajduje się… jedno miejsce puste! A mimo to, każdego roku wypijamy tego świństwa ponad 10 milionów butelek. Głowa boli od samej próby wytłumaczenia tego fenomenu! No, ale spróbujmy…
Po raz pierwszy Bułgarzy zaatakowali nas Sophią w 1984 roku od razu rzucając na rynek 90 milionów butelek. Wystarczy sobie tylko przypomnieć, jaką w tych czasach mieliśmy winną alternatywę i od razu staje się jasne, dlaczego Sophia szybko zyskała uznanie. W porównaniu bowiem do innych win będących wówczas do nabycia, Sophia nie była najgorsza. Można było się napić przy odpowiednim samozaparciu i oczywiście wyjątkowym pragnieniu. Nie była droga, było jej wszędzie pełno i nagle poczuliśmy się trochę lepsi, bo oto na stole stawialiśmy wino, którego (w naszym ówczesnym przekonaniu) nie trzeba się było przed sąsiadami wstydzić. Inna rzecz, że wówczas żadne inne państwo bloku wschodniego ze świętej pamięci Związkiem Radzieckim na czele, nie dało się nabrać i Sophii od Bułgarów nie wzięło.
Od tego czasu jednak dużo się zmieniło. Właściwie wszystko się zmieniło z wyjątkiem jednej rzeczy, która wciąż stoi na straży kompletnie złego smaku, a mianowicie Sophii właśnie. Problem jednak w tym, że w klasie win będących jeden stopień wyżej niż wina „patykiem pisane” jest to wino najtańsze – można je kupić w hipermarkecie za 8 zł. I samo to już powoduje, że zawsze znajdą się tego wina amatorzy.
Z drugiej zaś strony trudno nie docenić siły przyzwyczajenia: nas w ogóle trudno nauczyć obcych nazw tak, żebyśmy je na dłużej zapamiętali, więc skoro już jedną znamy, to będziemy się tej wiedzy trzymać, choćby nawet smak wina nam nie podchodził. No bo co z tego, że kwaśne? Co tam, że cierpkie i bukietem w oczy szczypie. Ważne, że nasze (no, bez przesady, bo w końcu bułgarskie!) i znane i wypróbowane. Kwasior, bo kwasior, ale zawsze wino. I w ten oto sposób mając przed oczami w markecie całe rzędy półek zawalonych winem sięgamy po starą Sophię, a Bułgarzy zacierają ręce. Kiedy zaś sobie uświadomimy, że co ósma wypita w Polsce butelka wina jest chlastaną tu Sophią, to łzy rozpaczy się w oku kręcą i człowiek się zastanawia, skąd u nas tak wielka popularność telewizyjnych programów o gotowaniu, skoro tak znaczna część naszego społeczeństwa jest kompletnie pozbawiona smaku?
A najzabawniejsze jest to, że na tej samej półce w markecie obok Sophii stawia się francuskie i hiszpańskie wina stołowe, za równie małe pieniądze, a i tak większość klientów wiadomo co wybierze. Jasne, że to wina nie najwyższych lotów, ale przy Sophi to przecież perełki! Ostatnio przyuważyłem w Selgrosie panią wybierającą wino. Stała wpatrzona w regał, jak kolo z reklamy Pepsi w Breatney Spears i co rusz brała butelki do ręki, zastanawiając się co wybrać. Bardzo lubię przyglądać się ludziom kupującym wino, ponieważ po ich zachowaniu widać, czy wiedzą czego chcą. I czasem idąc za cudzym wyborem można trafić naprawdę niezłe wino. Jednak obserwowana przez mnie pani nie była zdecydowana. Już wyobrażałem sobie, jak kombinuje po cichu: „wziąć to może? A co jak niedobre będzie i Stefan przy kolacji wiąchę puści? Może jednak tamto, bo kolorowe takie?” I kiedy już miałem nadzieję, że urocza pani odda się szaleństwu ryzyka, bo przecież poznawanie nowych światów jest warunkiem rozwoju ludzkości… wzięła i wsadziła Sophię do koszyka! Czyli tak długo kombinowała przestraszona, żeby przypadkiem jakiegoś syfu do domu nie przynieść, że z tego kombinowania największy syf w efekcie wzięła. I ten mechanizm przy tej samej półce powtarzany jest codziennie setki razy – inaczej statystyki nie podawałyby tak szokujących wyników sprzedaży.
No cóż – pewnym rozwiązaniem byłoby przywiązać ludzi do sklepowej barierki i przez mały lejek na siłę inne wino pompować, cały czas powtarzając: „To też kosztuje osiem złotych, ale jak w nim zasmakujesz, to przynajmniej w całej naszej ukochanej Europie będą mieli jeden powód mniej, by się z nas naśmiewać”. Inny sposób zmiany naszych winnych obyczajów, jak na razie do głowy mi nie przychodzi.