Po raz pierwszy kurtosza (bo tak w skrócie mówi się na węgierskie kurtoszkalacze, czy – oryginalnie pisząc Kürtőskalács) spróbowałam kilka lat temu, kiedy food trucki nie były jeszcze w Polsce tak popularne jak dziś. Ten węgierski przysmak wciąż jest za rzadko spotykany w Polsce, na szczęście stopniowo ludzie przekonują się do tej nietypowej przekąski.

Trudno określić, czym dokładnie jest kurtosz w paru słowach. Spotkałam się z określeniem, że jest to węgierski tradycyjny kołacz, jednak swą formą i charakterem zdecydowanie odbiega on od naszego wyobrażenia tego przysmaku. W najprostszy sposób można napisać, że jest to ciasto o kształcie wydrążonego walca, wykonywane w specjalnym piecu, które po upieczeniu obsypuje się różnego rodzaju dodatkami – słodkimi, a gdzieniegdzie także wytrawnymi.

Jedno jest pewne, kurtosze mają swój początek na Węgrzech, gdzie wypiekano je już w XVIII wieku dla szlachty. Pierwsza wzmianka o nich pojawiła się pod popularną do dziś nazwą (czyli Kürtőskalács) w książce kucharskiej z roku 1723. Kiedyś przygotowywane tylko na specjalnie okazje, dziś są powszechne w różnych krajach Europy pod różnymi nazwami, w Czechach szukajmy więc trdelníka lub trdla, w Niemczech – Baumkuchen.

Ciasto typu drożdżowego po upieczeniu jest w środku bardzo puszyste i mięciutkie, na zewnątrz chrupiące i w wersji słodkiej lekko błyszczące od skarmelizowanego cukru. Dodatków oczywiście jest więcej, włączając bakalie, różnego rodzaju posypki, czy zioła, żółty ser czy nawet szynkę! Kurtosze najlepsze do spałaszowania są od razu po upieczeniu, jeszcze na ciepło – stanowią świetną przekąskę, śniadanie czy “coś do kawy”.

fot. myslowice.net