Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Stare powiedzenie „In wino veritas“ należałoby sparafrazować – po jakości wina poznasz tego, który nim częstuje! Ostatnio jeden z moich znajomych z branży handlu winami miał taką oto przygodę: pewien szacowny właściciel dużego salonu samochodowego od lat kilku do zakupionego auta dołącza uradowanemu klientowi butelkę wina. Wiadomo, trzeba brykę w domu oblać, bo inaczej się zepsuje. I proszę sobie wyobrazić, że dealer zapragnął nagle zmienić gatunek wręczanego wina i wyznaczył memu znajomemu budżet, w którym ten miał mu załatwić wino. Razem z torebką, z nadrukowanym logo, butelka miała kosztować… 15 złotych. Nie, nie robię sobie jaj! Wraz z bryką za 40 czy 70 tys. dostajemy wino za… no, policzmy: odliczając koszt torebki i nadruku oraz VAT-u, akcyzy i podatku dochodowego… jakieś 7 zł. To się nazywa dbać o wizerunek własnej firmy. Nieuświadomionym podpowiadam, że wino w tej cenie ma smak tego, co wykapie ze ścierki, którą w średniowieczu wytarto celę zakonnika, który na skutek niestrawności żołądkowej zwrócił sporą porcję rozwodnionego soku jabłkowego. Obrzydliwe? A jakże!

Dobrze dobrane wino wyostrzy lub zaokrągli smak potraw – w zależności od efektu, który chcemy uzyskać. Faceci, którzy są wynajmowani przez dbające o renomę zachodnie restauracje po to, by dobrali wina do menu, zarabiają takie pieniądze, o których niejeden polski menager nie jest w stanie nawet zamarzyć. Dlaczego? Bo to klucz do sukcesu lokalu. Tymczasem na imprezach organizowanych u nas, najważniejszy jest rachunek ekonomiczny – czyli jak najwięcej i jak najtaniej. Do tego prosty przepis: czerwone do ciężkiego żarcia, białe do ryby i tortu. I w ten oto sposób otrzymujemy pół słodkie bułgarskie nie powiem co, do dziczyzny i ciężkie białe, słodkie wino z hiszpańskiej Walencji do dorsza w migdałach…

Dzieje się tak dlatego, że mimo wysiłków winiarni, dystrybutorów i przedstawicieli winnic wciąż podstawowym rozróżnieniem w hotelach czy firmach cateringowych jest rozróżnienie dwukolorowe – na białe i czerwone. Przy różowym prowansalskim wymiękają wszyscy, bo nikt nie ma pojęcia do czego może służyć. A odpowiednio schłodzone otworzy ogrodowe party lepiej niż każdy inny aperitif.

No właśnie: temperatura wina! „Gdzie tu problem“ – powie kelner odrabiający pańszczyznę pomiędzy semestrami licencjatu – „Jest na tylnej etykiecie napisane, żeby dawać w temperaturze pokojowej, to dajemy, no nie?“. Problem w tym, że tradycja picia wina jest starsza niż pan kelnero – student jest w stanie przypuszczać. Sama zaś „temperatura pokojowa“ wzięła się jeszcze z czasów, kiedy mieszkania nie były ogrzewane centralnie, a zatem temperatura pokojowa oznaczała nie więcej, niż 18 stopni Celsjusza. Dzisiaj drodzy Państwo „temperatura pokojowa“ oznacza minimum 23 stopnie, a w rozumieniu mojej wiecznie zmarzniętej żony co najmniej 25!
Podane w tej temperaturze wino traci bukiet i smak. To tak, jakbyśmy związali baletnicę, każąc jej zatańczyć „Jezioro łabędzie”. 

Kolejny problem: szkło. Podawanie wina w plastyku od razu sobie odpuśćmy, chyba że jesteśmy opłacani przez konkurencję i mamy za zadanie pozbycie się naszego pryncypała z rynku.  Kolejna sprawa: trzymanie kieliszka za bańkę, a nie stopkę, nie uchodzi – przez opalcowane szkło trudno ocenić wzrokowe atrybuty trunku. Poza tym zmatowione szkło naprawdę źle wygląda. Po drugie: zmieniając gatunki wina koniecznie należy wymienić kieliszki. Chyba, że zapewnimy wodę do ich płukania i specjalne „wiaderko” do wylania tego, co zostało po wypłukaniu.

Kolejna sprawa to rodzaj szkła – wielokrotnie spotkałem się z sytuacją, w której cateringowcy nie dysponujący odpowiednią ilością kieliszków, wystawiali wszystko co mieli – czyli najróżniejsze, mogące uchodzić za kieliszki do wina naczynia. Wystarczy sobie wyobrazić, jak może się poczuć prezes strategicznego dla naszego klienta przedsiębiorstwa, kiedy pije wino z kieliszka do Martini, stojąc w wianuszku VIP-ów, trzymających w dłoniach kieliszki właściwe. To tak, jak z długością krawata – zawiążcie krawat waszemu specowi od marketingu tak, by kończył się na trzecim guziku koszuli, licząc od spodni w górę, a szanse na udane negocjacje spadną o połowę. Nie wierzycie? Spece od komunikacji interpersonalnej do dzisiaj zarabiają krocie opisując to zjawisko.

Na koniec rada, której udzielił mi pewien koneser wina, kiedy lata temu stawiałem pierwsze kroki w rozumieniu tego napoju bogów: „Nie sztuka mieć przy sobie dwieście złotych, wejść do specjalistycznego sklepu z winami i kupić butelkę znakomitego wina! To potrafi każdy. Sztuka za te dwieście złotych w tym samym sklepie kupić sześć znakomitych butelek!”  Nie wierzycie? Najwyższy czas spróbować!