Autorem wpisu jest: Robert Fiałkowski

Korespondencja własna z Albanii

Albania -Kraina Orłów, przyciąga nas swoją tajemniczością. Tu krzyżowały się szlaki karawan między Rzymem i Bizancjum. Kraina ta skrywana przed światem grubą warstwą mitów i legend, do dziś skazana jest na samotność. Życie w zapomnianych przez świat „górach przeklętych” – jak je tu nazywają – nadało surowy charakter rodzimym zwyczajom, gdzie honor i godność to niepisane prawo tych stron.

Podróż po Albanii to jak wskrzeszenie dawnych opowieści o wędrowcach przemierzających nieznane lądy w poszukiwaniu przygody. Zapadła kraina pogranicza to kraj starych, zdezelowanych mercedesów sunących po dziurawych drogach ospale, jakby bez celu. Jeżdżą nimi dziwne typy, faceci w przyciemnionych okularach, ludzie pozostawieni samym sobie, którym nikt nie wchodzi w drogę. Bo wciąż żywa jest tu tradycja klanowa, gdzie wendeta strzeże praw i więzów rodowych.

Albańska Riviera, lokale i taverny
Sarande to stolica albańskiej Riviery, nadmorskie bulwary wysadzone są palmami, piniami i agawami. Promenadę porastają olbrzymie drzewa eukaliptusowe. Sklepy i knajpki wyrastają tu, jak grzyby po deszczu. Budują się hotele, restauracje, powstaje cała turystyczna infrastruktura. Ale tuż obok nowo wzniesionych, eleganckich budowli, uliczni handlarze sprzedają znoszone buty, zegarki i różne rupiecie. Widząc obcokrajowców, zaczepiają ich natrętnie. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że na nasz widok ludzie wychodzą z knajp, przyglądają się uważnie i odprowadzali nas zaciekawionymi spojrzeniami. Po chwili stracili zainteresowanie i wszystko wracało do normy.

Z nadbrzeżnego bulwaru w Sarande widać zarysy brzegów greckiej wyspy Korfu. Liczne tawerny od wczesnego rana pełne są ludzi sączących młode wino. Kelner z zapachem rakiji i czosnku w oddechu, podał nam kozi ser z wonnymi pęczkami ziół. Na stół wniesiono paseczki baraniny w sosie musztardowym z dodatkiem przystawki warzywnej z cebuli i pomidorów. Potrawy były świeże i soczyste. Tutaj mogliśmy posmakować prawdziwych, albańskich specjałów. Potem podano do stołu pieczoną baraninę z chlebkiem pita, na stole pojawiły się butelki oliwy z oliwek, obok leżały dzbany z jogurtem – kos. Tubylcy chętnie raczyli się mięsnym mish z ziemniakami i jarzynami. Dzień rozpoczyna się najczęściej od rakiji, której wypijane kolejki wyznaczają upływ czasu. My spróbowaliśmy albańskiej brandy, a potem zapiliśmy ją lokalnym piwem Titana.
Serwowane tu dania są typowe dla kuchni bałkańskiej, widać w niej akcenty tureckie oraz wpływy włoskie. Pomimo wszechobecnej biedy, sztuka kulinarna jest tu na całkiem dobrym poziomie. W lokalach często można spotkać grupy mężczyzn urządzających swe dysputy. Wtedy wspólnie zamawiają na kolację pieczonego koziołka, a biesiada przeciąga się do późnych godzin nocnych.

Bazar staroci w Kruje
Dla Albańczyków Kruje jest tym, czym dla nas Kraków. Ta urocza, stara stolica przyciąga licznych turystów. Siedliśmy w przyjemnej knajpce schowanej w półcieniach rynkowych zabudowań. Była tam duża, sklepiona sala jadalna. Zaróżowione od kuchennego żaru baranie mięso podano z pysznymi, chrupiącymi bułeczkami. Szybko nadwyrężyliśmy zapasy miejscowego wina. Syci i rozleniwieni obfitym posiłkiem z trudem udaliśmy się na zwiedzanie miasta.
Opadająca ku rynkowi wąska uliczka bazarowa pełna jest kramów zawalonych rupieciami.
To żywy skansen, pełen staroci zwiezionych z odległych zakątków Albanii. Usypane sterty rozmaitych przedmiotów pokryte są kurzem. Podwieszone do belek stropowych pęki garczków i durszlaków wiszą nad głowami przechodniów. Rzeźbione kufry, skrzynie pełne połyskujących noży, fajki wodne, drewniane przybory kuchenne, końskie uprzęże i rozmaite pamiątki całkowicie nami owładnęły. Ręcznie wyrabiane w pobliskich warsztatach tkackich kilimy i kobierce oferowano w dobrej cenie. Spodobały się nam bukłaki pokryte skórą, które kupiliśmy bez dłuższego targowania. Po godzinie zwiedzania ta kraina rozmaitości przyprawiła nas o zawrót głowy.

W pobliżu cytadeli, w domu paszy, jest ciekawe muzeum etnograficzne, pełne starych sprzętów. W drewnianych kadziach wytwarzano niegdyś wino i rakiję według starych receptur.
Pokazano nam, jak tłoczono dawniej oliwę z oliwek, jak kobiety przędły wzorzyste tkaniny na starych krosnach. Były tam wielkie kosze wypełnione po brzegi owocami, a w powietrzu unosił się zapach suszonych przypraw i ziół.

Dzika Albania
Szare czerepy bunkrów oprowadzały nas swymi ciemnymi oczodołami. Jest ich w Albanii setki tysięcy. Ich nieme spojrzenia wyglądają złowrogo na tle spalonego słońcem, pustego pejzażu. Są dla nas przestrogą, niemym świadectwem obłędu satrapów, strzegących zdobyczy Orwelowskiego gułagu.
Podziurawiona szosa wspina się na urwisko, po drugiej stronie rozciągają się suche, wypalone słońcem kotliny. Okolica przypomina pogorzelisko. Szarobure od skwaru górskie zbocza, nie dają cienia, ponad kotliną unosi się dym okolicznych ognisk. Górale smażą na nich jagnię, popijając zsiadłym mlekiem. Kuchenna prowizorka ma smak dzikiej przygody. Pochyleni nad ogniskiem mężczyźni, odwracają z wolna kolby kukurydzy. Ktoś pogrzebał w stercie drzew, by nieco wzniecić ogień, podnosząc w górę kłęby dymu. Wszechobecną ciszę przerywało na chwilę bzyczenie much nadlatujących z pobliskich zagród.


Foto: Robert Fiałkowski

Na zdjęciu: miasteczko w płd Albanii
Galeria: meczet w Berat, Jezioro Szkoderskie, widok na Kruje