Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Spożywanie posiłku w podróży ma w sobie pewien element niespokojnego ruchu. Wiadomo – pielgrzym obarczony jest misją, która każe mu zachować czujność z dala od bezpiecznego domu. Zastanawia mnie skąd wziął się, na przykład, dość popularny wśród jadących koleją, nawyk pośpiesznej konsumpcji. Pociąg jeszcze nie ruszył, a już szeleści papier śniadaniowy, pojawiają się kanapki i odkręcany jest termos z herbatką, i to wszystko odbywa się kilkanaście sekund po zajęciu miejsca.

Kanapka, to pół biedy. Ciekawie zaczyna się robić wówczas, kiedy na rozkładaną półkę trafia gotowane jajko – w miarę obierania, a potem jedzenia, obezwładniające pozostałych towarzyszy podróży charakterystycznym aromatem. Dobre jest też duże twarde jabłko z którym ktoś walczy w kompletnej ciszy postoju, siorbany napój, lub spływająca soczkiem po brodzie mlaskana brzoskwinia, czy latające kawałki rozrywanego kurczaka z rożna. Ale są także tacy, którzy dopiero w przedziale przygotowują sobie ucztę: otwierają konserwę, kroją pomidora, smarują bułkę topionym serkiem, wlewają wrzątek do „gorącego kubka” itd. Ciekawe, że nierzadko ich podróż pociągiem trwa może góra 40 minut. (Czy są to posiadacze specjalnego rodzaju żołądka, terroryzującego ich, kiedy tylko zorientuje się, że jest w drodze?) Natomiast straszne cierpienia przechodzą głodni obserwatorzy takich scen, którzy w zanadrzu nie mają nawet pół tik-taka.

Inaczej sprawa ma się w podróży zmotoryzowanej. Jedni mają swój prowiant, inni stołują się w przydrożnych jadłodajniach. W tym drugim przypadku dobrze jest mieć przetestowaną trasę, aby z jednej strony nie było kulinarnych niewypałów, a z drugiej ryzyka niedopasowania rosnącego apetytu do możliwości jego zaspokojenia. Jeśli nie znamy topografii, to zaplanowany czas obiadku przesuwa się o kolejne kwadranse, a nasz jęzor coraz bliżej deski rozdzielczej. Lokale gastronomiczne złośliwie usadawiają się tylko po lewej stronie drogi, albo pojawiają się i znikają nagle z prawej, albo otoczenie jest nieciekawe, albo same lokale nieestetyczne, albo po otwarciu drzwi z wewnątrz uderza atmosfera nie do przyjęcia, albo są zbyt blisko drogi, albo za daleko, albo stoją obok trzy autobusy wylewających się szkolnych wycieczek, albo jest nieczynne… I kiedy już nasz język owinie się pięciokrotnie wokół pedału hamulca i natrafimy wreszcie na odpowiednie miejsce…, to uczucie głodu przechodzi.

A jaki jest powszechny standard żywieniowy kierowców, to wszyscy widzą. Panuje ogólne przekonanie, że układ pokarmowy w drodze traci poczucie rzeczywistości (kubki smakowe na ten czas obumierają), układ trawienny człowieka zmienia się w układ trawienny kozy i nie ma takiej potrawy na świecie, która byłaby w stanie nam zaszkodzić, albo nas otruć.

A gdyby tak stworzyć internetowy serwis, np. „z widelcem w drodze”, który byłby punktem wymiany informacji o napotykanych miejscach konsumpcji? Zawsze można by było, podjeżdżając do jakiegoś nieznanego baru sprawdzić w komórce czy warto się tu zatrzymać, zjeść bezpiecznie, czy lepiej dodać gazu i uniknąć zamachu na własne zdrowie lub życie. Na wszelki wypadek dobrze jest mieć zawsze ze sobą żelazną porcję sucharków.