Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Urlopowy egzystencjalizm zacząłem od talerza zupy. Był to zwykły, prosty i bezwstydnie doskonały rosół z lanymi kluskami. W głębi jadalni stała stara szafa z książkami: totalny misz-masz. W pewnym momencie jedna z pozycji nerwowo się poruszyła  – „Outsider” Colina Wilsona przywołał mnie do siebie.

Wczasy są rajem dla naszych kubków smakowych. Rajem i bezgranicznym, słodkim rozpasaniem. Rano, to znaczy po dziesiątej, a przed dwunastą, śniadanko wielowymiarowe. Mamy czas, mamy wreszcie szansę najeść się do syta, nie tak, jak zawsze, na jednej nodze i byle co. Są więc różne gatunki wędlin, ser żółty i twarożek, jajka na miękko, twardo i jajecznica, pasztet z dzika, ciepłe parówki, pomidory, jogurcik, dżemik, miodzik, pieczywo zwykłe, chrupkie, tosty, bułki z makiem, sok pomarańczowy, kakao… Z ostatnią kanapką w gębie lecimy robić kawę, ktoś inny w tym czasie kroi sernik wiedeński i łamie czekoladę.

Około południa wyjazd po uzupełnienie prowiantu. W ramach odpoczynku mała pizza i duże piwo, ewentualnie na odwrót, dzieci – lody, "czipsy i kola". Po powrocie, by jakoś przetrwać do obiadu – koszyczek soczystych gruszeczek!

Obiad – normalny, dwudaniowy z kompocikiem i drożdżówą (czekając na drugie danie dobrze jest powtórzyć zupę – nawet kilka razy).

Potem mała drzemka.  Wszelki ruch, nie tyle jest teraz nie wskazany, co niemożliwy. Na dojście do siebie, po dwuipółgodzinnym spanku – duża kawa, pudełko ptasiego mleczka i andruty. Wszystko w pozycji półleżącej. Powstań! Czas na ruch – marsz do oddalonego o dwadzieścia dwa metry „Zacisza” na piwko „z kija”, albo dwa lub trzy… Napój ten kapitalnie pobudza trawienie przed kolacją. (Przez okno obserwujemy kąpiących się i grających w piłkę…)

Wieczór. Szczegółów kolacji nie będę opisywał – za mało miejsca. Wiadomo, że jest to najważniejsza część dnia. Wreszcie nie pali słońce i nie trzeba już nigdzie wychodzić. Jemy solidnie, nieśpiesznie. Podśpiewujemy sobie „sokoły”, „stokrotki” i inne „maryjanny”, wyciągamy kolejne schłodzone butelki z lodówki i wiemy, że żyjemy – gdzieś tak do drugiej-trzeciej, bo potem padamy na pysk i już nie wiemy…

Przeważnie zachowujemy się tak instynktownie. Tu polecam właśnie, tak szczęśliwie „wpadłą” w moje ręce, lekturę „Outsidera” C. Wilsona. Będziecie mogli przeżyć to wszystko świadomiej, głębiej, duchowo – dla równowagi moralnej. Bo na urlopie, zanurzeni w beztrosce i przyjemnościach, stajemy się nadludźmi – wznosimy się nad ludzkie problemy. Wyłazimy z codziennego siebie i tworzymy nierealność rzeczywistości – wyimaginowany egzystencjalizm. Spytajmy więc wtedy: wolność – co to jest wolność?, prawda – co to jest prawda?…

Mamy jednakże przewagę nad tragicznie spalającymi się w swoim jestestwie, autentycznymi outsiderami. Nie czeka nas rzucenie się w odchłań niebytu. Czas wracać – koniec turnusu. Na drogę powrotną weźmy może sobie tylko do serca sentencję z przykościelnego nagrobka w niewielkiej kaszubskiej miejscowości: „proszę o pobożne westchnienie”…