Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Impreza w toku, wychyliliśmy już kilka lampek wina i właśnie nabieramy słusznego przekonania, co do własnej atrakcyjności towarzyskiej, która przecież nie może ujść uwadze siedzącej naprzeciw właścicielce najdłuższych nóg świata. W blasku świec wydaje się oszałamiająca, a i my sami sobie wydajemy się też niezgorsi. W końcu wychodzimy na chwilę do toalety, bo jednak przy ośmiornicach upapraliśmy sobie ręce, stajemy tam przed lustrem w pełni jarzeniowego światła i… O, Boże! Kim jest ten facio po drugiej stronie lustra z gębą, jak źle zrobiony naleśnik? Czar musi prysnąć, skoro możemy policzyć wszystkie pory na skórze i krwinki w oczach – oto jakie znaczenie ma światło. Odpowiednie światło!

Tymczasem wiedza ta zdaje się czasem właścicielom restauracji umykać. Widać to szczególnie w tych lokalach, w których nie tylko w toalecie neonówki dają po oczach i naszym narcyzmie, ale przede wszystkim w tych, w których miejsce konsumpcji oświetlone jest tak, jak sala operacyjna tuż przed zabiegiem. Wprawdzie krojenie schabowego podobno chirurgom wychodzi najsprawniej, ale cóż to za przyjemność jeść kolację z żarówą przed oczami, jak – nie przymierzając – na ubeckim przesłuchaniu? Rozumiem, że obsługa niektórych restauracji ma problemy z trafieniem chochlą do talerza, ale lepiej żeby nosili szkła, jak denka od win tanich, niźli rozświetlali swe lokale jak Górniakową na scenie!
Być może w temacie światła odzywa się trauma z dzieciństwa: razu pewnego na szkolnej dyskotece, chyba w piątej klasie podstawówki zasugerowałem śmiało, że można by trochę przygasić te żarówy. Chodziło mi raczej o to, żeby mniej było widać, jak wywijam odnóżami, depczę partnerkę i bezskutecznie próbuję zmusić swe wątłe wtedy ciało do rytmicznego posłuszeństwa. Życie jest jednak bardziej okrutne, niżby wymyśliły współczesne brutalistki – zostałem natychmiast wszystkich posądzony o lubieżne chucie, których niecną realizację półmrok miał mi umożliwić. Od tej pory wystrzegam się próśb o przygaszenie świateł, choćby nie wiem jak mocno mi w uzębienie świeciły, niemniej jednak obstaję przy swoim – zbyt duże światło potrafi położyć każdą atmosferę, a tę w restauracji w szczególności.
Zaświecić klientowi halogenem w zupę to tak, jakby przygotować uroczystą kolację na pierwszą randkę, zapalić świece, ułożyć ładnie serwetki i po pojawieniu się potencjalnej narzeczonej, puścić na całą rurę AC/DC! Fajnie może i by było, tylko co na to płeć piękna na kolację zaproszona? Niechybnie tak szczegółowo planowany wieczorek skończyłby się w samotności, o ile nie liczyć obecności latającego z gitarą i tornistrem po pokoju Angusa Junga.

Inna rzecz, że nawet w niezbyt mocnym, ale białym świetle widać najdrobniejsze szczegóły, a więc i również te mankamenty urody naszych bóstw na obcasach, które akurat w takich okolicznościach przyrody dostrzeżone być nie powinny. To dlatego właśnie w białym, czasem zbyt intensywnym świetle, rozmowa klei się dużo gorzej, niż byśmy chcieli i często zastanawiamy się, co jest tego przyczyną. Otóż większość ludzi w tak intensywnym oświetleniu czuje się jakby byli nadzy, a jak tu prowadzić uroczą konwersację przy kolacji, w poczuciu, że nie włożyło się ani spodni, ani też majtek! Teraz przyszło mi do głowy, że być może wreszcie uda się odkryć podłoże tych nocnych koszmarów, w których czasem ludziom się śni, że biegają w slipkach, albo bez, po ulicy. Wyłączając uczestników wszelkich parad miłości, to dla całej reszty musi to być przecież naprawdę makabryczne przeżycie! Nic dziwnego, że po takim śnie człowiek budzi się zlany potem z wrzaskiem na ustach, jak to pokazują w popularno – naukowych programach na Discovery.

Jeszcze nie tak dawno temu, wielki boom przezywały tzw. teatry alternatywne, które akurat miały jedną wspólną cechę – wszędzie w nich operowano półmrokiem, cieniem i bardzo wieloma słabymi punktami świetlnymi. Warto czasem przyjrzeć się sposobom operowania światłem w takim teatrze, by szybko pojąć, jak buduje atmosferę i przestrzeń, a potem przenieść to do restauracji. Wystarczy przecież przygasić lampy, zapalić kilka świec, by sprawdzić, jak fantastycznie rozkładają się cienie na zastawionych stołach i jak przybywa blasku rozłożonym sztućcom. Od razu tworzy się dużo przyjemniejszy nastrój, niż w poczekalni u dentysty. W prawdzie w obydwu tych miejscach trzeba otwierać buzię, ale przyznacie, że w restauracji jest to o wiele mniej stresujące. Dlatego też, drodzy restauratorzy – w dużej mierze to od was zależy, czy rozmowa przy stoliku wreszcie zacznie się kleić, czy skruszeją lody i czy my, klienci, nie będziemy się zastanawiać, czy tego wieczoru na pewno oprócz butów i marynarki założyliśmy na siebie jeszcze całą resztę…