Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Przyroda puściła do mnie oko – mały robaczek sprawił, że za oknem podniosła się temperatura. Ale tylko „nanibowo", czyli na niby, jak mawiał kiedyś mój syn. Wlazł on bowiem (robaczek, nie syn) przez dziurkę w termometrze i usiadł na wskazówce, która to pod jego ciężarem lekko ugięła się, powodując wzrost wskazania o około cztery stopnie Celsjusza.
Myślałem, że biedak pozostanie tam na zawsze, lecz poradził sobie jakoś i nie wiadomo kiedy opuścił to meteorologiczne lokum. Człowiek też tak potrafi. Podobne zachowania wśród ludzi obserwujemy na spotkaniach typu „bankiet”.

Tak jest wszędzie tam, gdzie mamy wiele osób i jeden niewielki, wciśnięty w kąt punkt dostępu do tak zwanej zimnej płyty. Zwinny osobnik wynajduje małą szczelinę w okalającym ją chińskim murze, prześlizguje się niepostrzeżenie do środka, kładzie na plasterku baleronu i sałatce z tuńczyka, po czym równie sprawnie oddala w przeciwnym kierunku. Zabawnie wyglądają chcący zachować pozory grzeczności: pan pierwszy – proszę bardzo, może coś podać? Polecam ten sos po lewej – rewelacja … A wewnątrz nerwowe tupanie po syczącym z łaknienia żołądku. Prawo dżungli jest bezwzględne: słabsze jednostki obchodzą się smakiem, albo w najlepszym razie dostają okruchy nie wiadomo już czego. To, co było najlepsze znikło dawno, dawno temu w jamochłonach najsprytniejszych, najszybszych i tych, których nie krępuje rozpychanie się. Skąd ten owczy pęd? Czy to wilczy apetyt, lisia chytrość, czy może ludzka zachłanność? Rozumiemy głodnego Dyzmę, który zwietrzył okazję do darmowej wyżerki, szansę, aby najeść się na dwa tygodnie do przodu. Na rauty zaprasza się raczej tych, którzy nie mają problemów z zaspokojeniem potrzeby jedzenia. Obyci powszechnością potraw wykwintnych powinni, zdawałoby się, zachować pewną powściągliwość, dystans. Ale nie. Ogłada ginie tragicznie pod stosem kanapek, a resztki przyzwoitości padają stratowane stopami pędzącego tłumu.

Instynkty budzą się pod wpływem określonych sytuacji i wieczorem, w czasie cateringów. Nawet gdy już coś wywalczymy i znajdziemy dwadzieścia centymetrów kwadratowych wolnej powierzchni aby to skonsumować, musimy wznieść się na szczyt zręczności w celu trafienia widelcem między zęby. Koniecznie trzeba wtedy zsynchronizować ten ruch z ruchem osób szturchających nas dookoła. Bywa, że jest to początek wielkiej kariery, jak w przypadku N. Dyzmy, ale to tylko literacka fikcja, niestety. My możemy jedynie pozostać ze sztućcem utkwionym w podniebieniu, co eliminuje nas zupełnie z procesu zawierania intratnych kontaktów. Apeluję więc o zachowanie godności. Najlepiej, gdy zupełnie będziemy bojkotować bankietowe jedzenie. Godzinna głodówka to świetna okazja do ćwiczenia charakteru i budowania poczucia własnej wartości. Bądźmy twardzi i wytrzymali. A wracając możemy sobie wstąpić gdzieś na szybkie jedzonko po hot-doga.