Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Po stu latach od sformułowania teorii względności wypadałoby z tego wreszcie coś zrozumieć. Ktoś próbował mi wytłumaczyć na przykładzie przystanku i tramwaju: że niby względem jednego i drugiego prędkość światła jest taka sama. Ciekawe. Ledwo dowiedziono, że to największa możliwa prędkość w kosmosie, a już pojawiły się niejakie tachiony, dla których to prędkość minimalna. To dopiero interesujące. Zrobimy sobie więc tachionowe auto i ruszymy w podróż w czasie… Ileż to razy marzymy o takich czasowych wędrówkach, dzięki którym udałoby się przeniknąć zagadkę gehenny oczekiwania na restauracyjne zamówienie. Pewnym pocieszeniem jest świadomość, że sztuka wymaga czasu, albo fakt, że ponieważ ryba powinna być świeża, więc ją dopiero łowią. Specjalnie dla nas. Jednak względnie duży głód obnaża bezwzględnie, że czekanie nie jest naszą silną stroną.

Względność czasu łatwo więc udowodnić na przykładzie oczekiwania na posiłek przez bardzo głodnego i nie bardzo głodnego. Dla porównania – para zakochanych siedząca obok. Im czas w ogóle nie dłuży się. Jest to dowodem na to, że można nic nie robić, a czas i tak robi swoje, czyli biegnie jak szalony. Albo, jak kto woli, stoi w miejscu. Bo to też jest względne i względnie nieogarnione. Są ludzie, którym czas ucieka przez palce. Staje się towarem deficytowym. Ciągle go mało. Raz zagubiony w ciągu dnia, powiększa stale zapotrzebowanie na siebie. Wtedy spóźniają się wszędzie, a z im większą prędkością poruszają się, tym mniej tego czasu mają…
Cierpliwość głodnego klienta zostaje wystawiona na największą próbę. Zwłaszcza, gdy zamówi coś gorącego, a to zdarza się najczęściej. Poparzenie trzeciego stopnia ma pewne, jak w banku debet. Jednocześnie łykanie gorącego, pozbawia go odczuć smakowych, traci więc te walory. Doznaje uszczerbku na zdrowiu fizycznym i psychicznym. A i zjeść dużo w krótkim czasie nie potrafi, czyli ciągle nie zaspokaja głodu. Jednym słowem – dramat. Co robić w takiej sytuacji? Wiadomo – trzeba zamówić przystawkę na przeczekanie. Przy odrobinie szczęścia przystawka może dotrzeć wcześniej niż danie podstawowe! Jakimś wyjściem jest szklanka wody – sprawdziłem na sobie. Godni współczucia są natomiast posiadacze małych dzieci. One to dopiero potrafią być niecierpliwe! Długo jeszcze? Mamusiu – długo jeszcze? A jak długo jeszcze? Ale ja  już chcę!…

Do poczekalni gastronomicznej zapisujemy się w momencie zajęcia miejsca. Pierwsze czekanie – na kelnera. Pojawia się wreszcie, zostawia kartę dań. Drugie czekanie – chcemy złożyć zamówienie. Czekanie przejściowe – na zakąskę. I czekanie właściwe – na kelnera, który przyniesie w końcu wymarzone i wyczekane jedzonko. Kolejne czekanie – na kelnera z rachunkiem. Czekanie ostatnie – na uregulowanie należności – nie dość, że chcemy zostawić tu część swoich dochodów, to jeszcze każą nam na to czekać…

W pośpiechu opanowuje nas automatyczna bezduszność. Fast foody wydają szybko do szybkiej konsumpcji. Nie potrzebujemy wychodzić z samochodu. Nie musi być też szczególnie wykwintne i tak nie ma czasu na celebrowanie smaku. Wszystko jest za słone, za kwaśne lub za słodkie, zbyt nijakie, by do nas dotarło, że jedliśmy. Subtelności zostawmy romantykom i uczonym. Ludwig Wittgenstein stwierdził kiedyś, że „w filozofii w wyścigu zwycięża ten, kto potrafi biec najwolniej.” A my już czasem nie wiemy, czy gonimy czas, czy przed nim uciekamy. Czy to brak czasu, czy zwykłe niechlujstwo powoduje, że ciężko jest nam skupić się na najprostszej czynności, wypowiedzi lub tekście? Czy chorobą cywilizacyjną nie jest właśnie brak cierpliwości? Może by ją trochę poćwiczyć? Chociażby czekając na kelnera…