Autorem wpisu jest: Brzuchomówca

Polski pejzaż gastronomiczny jest ciągle tak zamglony, że bardzo by nam się przydał jakiś kulinarny GPS, który nieomylnie prowadziłby do miejsc, gdzie jedzenie posiada smak, przepisy natomiast wymyśla utalentowany szef kuchni, a nie podstępny gastrolog cierpiący na przewlekły brak pacjentów. W systemie danych takiego GPS trzeba by zaraz zaprogramować łódzką restaurację "Lulu Cafe", której nazwa powinna pulsować na ekranie palmtopa jaskrawoczerwonym światłem w akompaniamencie przeraźliwych dźwięków, jakie wydają urządzenia alarmowe okrętów wojennych zawiadamiające o zbliżaniu się torped.

Do "Lulu Cafe" Brzuchomówca trafił za namową znajomego, którego reputacja znawcy lokali od tej pory pozostawia wiele do życzenia. W kameralnych wnętrzach rekomendowanej restauracji zastał Brzuchomówca przestraszoną kelnerkę usadowioną za barem i stanowiącą jedyny personel serwisowy lokalu, iberoamerykańskie kolory ścian, pianino z czasów świetności tutejszej burżuazji bawełnianej oraz osobliwą kombinację starych krzeseł z nowymi kanapami obitymi skórą w kolorze kremowym, których ktoś rozsądny najwyraźniej nie chciał trzymać w domu. Wrażenie pomyłki dopełniało banalne menu. Procedura reagowania na banalne menu jest prosta: a) natychmiast opuścić lokal, b) podjąć czelendż, zamawiając na początek przekąskę, która pozwoli zdobyć jak najwięcej danych o kuchni i jej technologiach. Brzuchomówca wybrał punkt "b" i smażony camembert z żurawiną.

Proces smażenia sera w "Lulu Cafe" trwa tylko nieco krócej niż dojrzewanie prawdziwego camemberta w słońcu Prowansji. Być może czas oczekiwania byłby krótszy, gdyby przestraszona kelnerka nie wykonała dwóch imponujących sprintów po pobliskiej ulicy Piotrkowskiej połączonych z próbą rozmienienia pieniędzy gości z sąsiedniego stolika, którzy postanowili rozstać się z "Lulu Cafe". Wreszcie camembert znalazł się na talerzu przed oszołomionym Brzuchomówcą, któremu kelnerka poleciła usunąć leżącą przed nim serwetkę umieszczoną tu w celu dekoracji stołu. Zamiast zwyczajowego krążka sera – danie miało postać kilku nieregularnych skwarków ilustrujących różne fazy obróbki termicznej: od niedosmażenia po przypalenie. Panierowane grudy były nasączone olejem niczym gąbka spoczywająca na dnie prysznicowego brodzika podczas kąpieli. Do każdej z nich – za pomocą patyka do dłubania w zębach – przytwierdzono owoc winogrona, który swoją świetność obchodził dość dawno. Po delikatnym naciśnięciu widelcem – tłuszcz z sokiem winogronowym tworzyły na talerzu obfitą wydzielinę, która z pewnością mogłaby być inspiracją dla twórców filmów o katastrofach ekologicznych. Oryginalności dodawała potrawie panierka wykonana z czegoś imitującego skorupę orzecha, która po rozłupaniu ujawniała włókna sera przypominające świeżą gumę do żucia umieszczoną pod spodem krzesła.

Brzuchomówca uiścił za camembert w "Lulu Cafe" 10 złotych wdzięczny, że nie musiał go jeść, co niechybnie skończyłoby się głębokim lulu w szpitalnym zaciszu z powodu śpiączki wątrobowej następującej po poważnym uszkodzeniu tego istotnego organu, który naprawdę można nadwyrężać znacznie przyjemniej.

Restauracja "Cafe Lulu", Łódź, ul. Piotrkowska 116.