Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Warszawa. Złote Tarasy, czy jak tam się to nazywa. Szukam miejsca, w którym można by podłączyć laptopa i łyknąć dobrej kawy. No i łażę… Smutny… Coraz bardziej smutny. Bo oto w cywilizowanym kraju, cywilizowani ludzie uparli się, żeby pić kawę z papierowych kubków. Nie dość, że się uparli, to jeszcze miejsca, w których kawę podaje się w filiżance, zostały zepchnięte na margines. Są teraz „uncool", „de mode", „passe", „out" itp.

Słyszałem kiedyś o dyrektorze dużej firmy, który kazał swojej asystentce biegać przez pół miasta żeby pryncypałowi przynieść kawę w papierowym kubku. Bo tylko taką pija…

Kiedyś nowojorscy yuppie musieli mieć koniecznie na półce powieści Dostojewskiego i być na bieżąco z koncertami Laurie Anderson. Bo jak inaczej znaleźć się w towarzystwie? Wielu uznało, że jak się ma „Zbrodnię i karę" to już wystarczy. Nożyk do rozcinania papieru nie jest już potrzebny, bo kto by taką cegłę czytał? Na koncertach Laurie też wypadało się pokazać. Ona przecież po koncercie na oczach publiczności zmienia szpile na adidasy. Jak w biurze, co nie?

Straszne jest to, jak szybko picie kawy zostało sprowadzone do firmowego rytuału, a pozbawione rozkoszy smaku. Jak może smakować coś z papierowej torebki wiedzą doskonale miłośnicy fast foodów, ale w końcu ich o gusta nie pytamy. Oglądaliście serial „Camera Café", gdzie bohaterów obserwujemy z kamery zamontowanej w automacie do kawy? To przy nim dzieją się najciekawsze firmowe rzeczy… Mnie chciał szlag trafić – fajni aktorzy, zabawne dialogi i całkiem niezły pomysł. Wolałbym jednak patrzeć na nich z poziomu ciśnieniowego ekspresu….
Aż strach pomyśleć (gdyby oczywiście uwierzyć, że rzeczywistość serialowa dzieje się naprawdę) ile ci biedacy musieli wypić tej ohydnej lury.

A z drugiej strony, czym się różni kawa z automatu od tej w papierowym kubku? Taka sama nastrojowa katastrofa – to jak zapalenie kubańskiego cygara po znakomitej kolacji w Crazy Horse, a sztachnięcie się starym Sportem w bramie pod dworcem pełnej bandytów i przeciągów.

W filmie „Diabeł ubiera się u Prady" znajdujemy doskonałą lekcję poglądową na to, jak pracować, ubierać się i zżyć z firmą. Posiłkując się tą instrukcją szybko staniemy się odpornymi na przyjaźń i niezdolnymi do emocji pracoholikami. Ale to jeszcze nie wszystko – to również instruktaż, jak szybko można nowe pokolenie uczestniczące w wyścigu szczurów pozbawić zmysłu smaku – w końcu pija się tam kawę w papierowych kubkach na hektolitry. Co więcej – wierzy się, że kreacje od Prady znakomicie do tego pasują.

No i wyzłościłem się. A co mi tam. Pochodziłem, poburczałem i rozsiałem wokoło setki wściekłych spojrzeń. Aż znalazłem. Też taki „Coffee coś tam", ale kawę podają w filiżankach, a duże late w ogromnych kubkach. Okazuje się, że jeszcze nie wszystko stracone.