Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Rozwijamy się. Jak przystało na nowoczesne społeczeństwo: od czasów pierwotnych do dzisiejszych, a to powoduje zmianę wrażliwości podniebienia. Jeszcze nie tak dawno temu –  bo czym że jest dwadzieścia latek na przestrzeni dziejów – nasze, społeczne podniebienia znosiły smakowe szaleństwo win zaprawionych H2SO4. Nie dość, że siarczany nam nie przeszkadzały, to jeszcze okoliczności ich spożywania nie należały przecież do szczególnie właściwych. I co? Minęło lat kilka, a zaczynamy wybrzydzać. A to knajpa nie taka, a to kotlet nie ten, a to wino zbyt zimne lub zbyt ciepłe. A to znowu kelner nie dał korka powąchać, nie położył na talerzyku i jeszcze proponuje kolejne wino z zakrętką, jak jakiegoś „jabcoka”, czy co? No właśnie – ledwośmy liznęli większego świata, a już nam jabcoki ością w gardłach stają!

Medycyna zna podobne przypadki i jest wobec nich bezsilna. Proszę sobie tylko wyobrazić wychuchanego i wypieszczonego dzidziusia. Czyściutki taki, aż mu się różowa pupka świeci w słonku. Higiena stuprocentowa. I wystarczy teraz żeby taki malec wlazł na czworaka do osiedlowej piaskownicy, gdzie bakterie jak czołgi czyhają na czyjąś niewinność i nieszczęście w postaci choroby gotowe. A inny malec, biegający po chaszczach od rana do wieczora z gilami wiszącymi mu do pasa, na wszelkie złośliwości bakteryjnej flory jest całkowicie odporny. Tak to już jest, że ogorzałej twarzy, smaganej brudem i wiatrem Wersal może zaszkodzić. Podobnie, jak to miało miejsce z dwiema wielkimi armiami, które chciały wschód zdobyć i które wykończyło świeże powietrze.

Z upływem czasu staliśmy się restauracyjnie rozkapryszeni. A przecież  po takim jabcoku wszystko, cokolwiek człowiek by na warsztat nie wziął, smakuje, że hej! Najzwyklejsza kromka chleba rozpala zmysły, a świeżutki, okrąglutki pomidor potrafi przyprawić o zawrót głowy. A teraz co? Na co nam przyszło? Już nie widzimy niczego specjalnego w roladzie z kluskami, tylko musimy w trakcie obiadowej przerwy zaiwaniać na sushi! Staliśmy się delikatni, a więc nieodporni! Co więcej, ta fizyczna nieodporność szybko przełożyła się na nieodporność psychiczną, co widać po komentarzach pod lokalami na tym wortalu, które pokazują, jak wiele rzeczy nam w restauracjach przeszkadza – począwszy od nieznośnej osoby właściciela, na zbyt głośnej wentylacji skończywszy.

Można sobie tu zadać pytanie: czy to dobrze? Odpowiedź jest jednak dużo bardziej skomplikowana. Z jednej strony dobrze, z drugiej nie aż tak bardzo. Dobrze, bo w końcu nasze względem restauracyjnego rynku wymagania rosną, co siłą rzeczy nakazuje restauratorom bardziej się starać, a to z kolei powinno pociągnąć za sobą likwidację restauracji byle jakich i przybywanie na rynku tych najbardziej dopieszczonych. Niedobrze, bo w związku z tak wysokimi wymaganiami coraz trudniej nam dogodzić, a wówczas jedyna droga to wymyślać coraz bardziej niestworzone rzeczy. Już prawie stoimy nad kulinarną przepaścią, bo przecież wszystko zostało spróbowane i zjedzone – wszystko, co ma czułki, nóżki, odwłoki i nie wiadomo, co jeszcze. Zatem kolejnym krokiem, żeby na zaskoczyć, musiałoby być spróbowanie, jak smakują części z zardzewiałego roweru. I to koniecznie w ekskluzywnej restauracji, w której rower będzie wykwintnym daniem, a nie w warsztacie ślusarskim, gdzie ten sam przedmiot będzie zwykłym złomem. To nasze rozpasanie w wykwintności, jak widać, nie prowadzi do niczego dobrego. Chyba, że ktoś chce już teraz spróbować – mam rower w piwnicy, wprawdzie nie zardzewiały, ale od czegoś trzeba zacząć!

Smutek i żal serce ściska z tęsknoty za czasami, w których nasze podniebienia nie były tak jeszcze rozwinięte i potrafiliśmy docenić smak najzwyklejszych potraw i bardzo kiepskiej jakości win. Bo przecież po takim jabcoku, jak rzucili na sklep Sophię, to w taki „wypas” nie można było uwierzyć, prawda?