Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Będąc w latach 80. we Włoszech, widziałem jak nasi rodacy zarabiają na samoobsługowych stacjach benzynowych, wyręczając kierowców w tankowaniu. Podobny proceder kultywuje pewna katowicka knajpka. Nie chodzi tu oczywiście o benzynę, ale o kawę.
Prosząc kawę, dostaniecie kawę z automatu – takiego, do którego wrzuca się monetę, a kawa robi się sama. Jest tylko jedna różnica…  samoobsługowy automat stoi za barem.

Pomysł, jak inne genialne pomysły, jest prosty. Polega na przyjęciu zasady, że jeśli chcesz osiągnąć sukces, a nie masz nic nowego do powiedzenia, to zrób modyfikację starego. Po co marnować czas. Otóż system jest taki: podchodzisz do baru i prosisz o kawę, barman wrzuca do automatu 1,2 zł i podaje ci kawę za… 3,5 zł. Usługa prawie trzykrotnie przekracza samoobsługę. Dobre, nieprawdaż? Bo jakie byłyby dochody, gdyby automat stał sobie ogólnodostępny? Cały patent, to zabranie nam zabawki sprzed nosa. A jak chcesz – płać.

Na początku, gdy to zobaczyłem, nie wierzyłem własnym oczom. Potem przyszła irytacja, że ktoś robi sobie z ludzi „jaja”. Dopiero kiedy ochłonąłem, dotarła do mnie myśl, że tutaj to mają głowę na karku. Jesteśmy dobrzy w te klocki. W rzeczonych Włoszech, w Rzymie, w kawiarni, jest tak, że jak zamówisz cappuccino na zewnątrz, to kelner przyniesie ci je i płacisz za przyniesienie tzw. „servisco”, co zwiększa rachunek o 100%. I kto jest lepszy?
U nich, wielki świat, historia, centrum turystyki, kawę musi specjalnie zrobić barman i jest bardzo smaczna, kelner biega raz w te, a raz we w te, i bierze tylko 100%.
U nas, sami swoi, sami przychodzą do baru, sami biorą sobie taką sobie kawę i sami ją wynoszą, a obsługa sama robiąc tyle co nic, bierze 300%. Po co wyjeżdżać do Anglii? U nas pieniądze robią się po prostu same.

Można by tym tropem pójść trochę dalej. Zrobić taką restaurację w restauracji. Ale o co chodzi? Gdyby tak zorganizować restaurację, nazwijmy ją umownie „A”. Byłby to lokal taki sam, jak wszystkie inne. No, może trochę uproszczony: byłaby tylko kuchnia i kelnerzy, nie byłoby stolików i klientów. Byłaby to taka restauracja na zapleczu, na którą nakładamy restaurację „B” – tą właściwą, tzw. zewnętrzną. Tutaj byliby kucharze, kelnerzy i stoliki dla klientów. Jakby to miało działać? Podchodzi kelner, klient zamawia coś z menu. Kelner idzie do kucharza. Kucharz nie ma kuchni tylko krótkofalówkę – przekazuje zamówienie do kuchni w „A”. Stamtąd kelner przynosi danie do kuchni „B”, odbiera je kelner z „B” i przynosi klientowi. Klient płaci podwójnie. Restauracje dzielą się zyskiem.

Mamy tu do czynienia z istotnym zwiększeniem zatrudnienia i dobrze opłaconą pracą. Nasuwa się tylko ważne pytanie: czy klient zechciałby zapłacić raz więcej za to samo? Mógłby faktycznie być z tym problem. Ale jest i rozwiązanie. Nie można mu dać wyboru. Musiałyby być tylko takie restauracje typu A+B. W końcu klient ma doświadczenie. Administracji urzędniczej płacimy już od dawna, a są to przypadki typu A+B+C+D+…