Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Poker to czysta gra, oszukują wszyscy, a wygrywa ten, kto oszukuje najlepiej – przypomniało mi się po wyjściu z restauracji, która udawała, że serwuje kulinarne rarytasy. Niewybredny klient strawi marne jedzenie za takie same pieniądze, ale kiedy każą mu płacić za kit okienny, który w menu nazywają wasabi, wtedy ma prawo lekko się zdenerwować.
To nie czysta gra. Czyżby tak zwana uczciwość kupiecka wymarła zaraz po dinozaurach?

Policja dopasowuje wysokość mandatu do wysokości ceny zakupu zatrzymanego auta, ale przynajmniej czasami daje pertraktować. Zdarza się, że musimy nabyć pojedynczą „cegłówkę” za sto złotych, ale przynajmniej transakcja ta zapewnia nam ciągłość naszego kruchego istnienia.  Lecz kiedy zamówiona pieczeń wołowa ma kruchość cegłówki, nasza krew nabiera temperatury żuru śląskiego, a rozum podpowiada, że trzeba by podjąć jakieś kroki. Co robić w sytuacji, kiedy próbują nabić nas w butelkę? Możemy na przykład:
1.    wdać się w rzeczową rozmowę/ostrą pyskówkę, kolejno z: kelnerem, jego kierownikiem, przygotowującym danie kucharzem, szefem kuchni i właścicielem lokalu na końcu – doprowadzi to nas do nieodwracalnych zmian w systemie nerwowym, a wymienione osoby do chwilowego rozbawienia;
2.    kupić „Małego Chemika”, zmontować kieszonkową bombkę neutronową i użyć jej w miejscu konsumpcji – będzie to kawał dobrej roboty i dozgonna wdzięczność kolejnych pokoleń;
3.    kiedy nikt nie patrzy, schować nadgryzioną „cegłę” do reklamówki, oblizać się ostentacyjnie, pochwalić kuchnię i nie zapomnieć o napiwku (opcjonalnie poprosić o jeszcze jedno takie samo) – doprowadzi to obsługę do szoku i nieuleczalnego wytrzeszczu oczu (opcjonalnie do depresji).

Tak w ogóle, to powinniśmy przestać dziwić się i zacząć rozumieć osoby prowadzące interes restauracyjny. To nie chleb ze smalcem. Nie dość, że działalność gospodarcza kręci się, jak koło zapasowe w bagażniku, to kolejni nawiedzeni otwierają kolejne lokale. Skołowani klienci miotają się bez ładu i składu, sami nie wiedząc do którego w końcu się wybrać. Gdy już wreszcie gdzieś trafią, to prawdopodobieństwo ponownej wizyty jest tak wielkie, jak to, że kelner pomyli się na korzyść klienta. Trzeba więc stale trzymać rękę na pulsie biznesu. Dzięki złożonym zasadom marketingu i technikom komunikacji niewerbalnej, jest szansa, że klient w danej sytuacji  nie zorientuje się, że wysokość rachunku i wymienione w nim pozycje mają się do siebie tak, jak rachunek ekonomiczny do rachunku sumienia. Zresztą, jeśli nawet jakimś cudem pokapuje się poniewczasie, to i tak nic nikomu nie powie, bo będzie mu głupio przyznać się jakim jest beznadziejnym palantem.
Musimy zauważyć, że ludzie ciągle więcej jedzą w domach, niż w lokalach. Dlatego to nie bardzo wiedzą, jak ma się jedno do drugiego i czego w związku z tym mają w knajpie oczekiwać, a nawet żądać. Gdy więc znajdą się już na miejscu, czują się tam niepewnie. Nie chcą tego jednak dać po sobie poznać.
Aby pchać cały ten konsumpcyjny bałagan do przodu, nie splajtować i do tego wyjść na swoje, należy jeszcze być niezmordowanym psychologiem.

Profesjonalista, który żyje z wyprowadzania innych w pole, zawsze będzie górą. Wie dobrze, że żyjący w zgodzie z zasadami norm moralnych człowieczek nie będzie w stanie pojąć, ba, nie dopuści do swojej świadomości myśli, że on, ten miły i sympatyczny facet może inaczej. A wystarczyłoby, gdyby zastanowił się przez chwilę, ile różnych pozlepianych razem ze sobą paprochów, na pierwszy rzut widelca, może przypominać spoczywającego przed nim mielonego. Proponuję niezawodny sposób na rozróżnienie jedzenia udającego domowe od domowego. Kiedy dużo zjemy, bardzo dużo, to jedząc u mamy chcielibyśmy coś jeszcze skubnąć, ale nie jesteśmy już w stanie; a w tym pierwszym przypadku – gdy pomyślimy, że skubnęlibyśmy jeszcze coś więcej, to zbiera nam się na mdłości. Życzę smacznego.