Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Korespondencja własna z Grecji

Podczas gdy tysiące pielgrzymów docierało do Jasnej Góry, my docieraliśmy do niewielkiej greckiej wysepki. 15. sierpnia tutaj też jest obchodzone znaczące święto – Zaśnięcia Przenajświętszej Marii Panny. Tak w ogóle, na brak świąt Grecy nie mają prawa narzekać – są w europejskiej czołówce pod względem ich ilości.  Inna sprawa, że w takim klimacie niewskazane jest przepracowywanie się.
Thassos, bo o niej mowa, to jedna z najbardziej zielonych wysp greckich. Porośnięta jest lasami piniowymi i gajami oliwnymi. Z Okęcia samolot leci godzinę pięćdziesiąt minut do Kavali i potem trzydzieści minut promem. Krócej niż z Katowic do Warszawy samochodem. To wyspa górzysta, obfitująca w liczne plaże, krystalicznie czystą wodę i oczywiście w tradycyjne tawerny z grecką kuchnią. Budulcem wyspy, w ok. 80%, jest biały marmur. Ceniony i znany w świecie. Grecy uważają, że Biały Dom zbudowany jest właśnie z tego marmuru. Kto ich tam wie?

Kawa. Picie kawy przez Greków to nie jest sprawa tradycji czy celebracji. Nie jest też istotą picia kawy wymiana informacji z okolicy, która w kafenijach rozchodzi się szybciej niż w sieci telefonii komórkowej. To również nie tylko przyjemność czy orzeźwienie. Picie kawy dla Greków, to czynność fizjologiczna! Na dzień dobry – kawa. Mielona, gotowana razem z wodą i przelewana do filiżanek, z kawałkiem ciastka. Podczas dnia – „frape gliko me gala”, – na zimno, słodzona z mlekiem. Do kawy – szklanka wody.  Jedną kawę Grek może pić długo, nawet kilka godzin. Zwłaszcza gdy się nie spieszy, a nie spieszy się stosunkowo często. Awrio! Jutro!

Oliwa z oliwek. Chyba najcenniejszy produkt spożywczy w Grecji. Dawno temu bogini Atena i Posejdon zaobserwowali prężnie rozwijające się miasto. Poczuli chęć objęcia nad nim pieczy. Ludzie podjęli decyzję, że wybiorą tego boga, który podaruje im coś cenniejszego. Posejdon uderzył w skałę trójzębem i wytrysnęła woda, ale słona. Atena ofiarowała im drzewko oliwne i tym kupiła ludzi. Miasto nazwano Atena (Athina). Nie wiedzieć dlaczego po polsku – Ateny. Co właściwie Atena dała ludziom? Oliwę – ciepło i światło, oliwę – podstawę greckiej kuchni, do spożywania, do smażenia. Środek do pielęgnacji ciała (polecam np. mydło oliwkowe). Oliwki do jedzenia. Pracę i utrzymanie. A po pracy – cień.  Na Thassos niektóre drzewka oliwne dają cień już od ponad dwóch tysięcy lat! Drzewko zaczyna rodzić oliwki po siedmiu latach. Pełnię wydajności osiąga w wieku lat czterdziestu. Z jednego drzewka otrzymuje się przeciętnie ok. ośmiu litrów oliwy z pierwszego tłoczenia (tzw. extra vergine).
Jesteśmy w niewielkiej fabryczce oliwy w Panagia. Założonej w 1910 roku przez rodzinę Sotiereli. Oglądamy stare, zabytkowe urządzenia do tłoczenia oliwy. Na video – pokaz współczesnej technologii. Najważniejsze, że oliwa z oliwek jest niezmiennie tak samo wyśmienita. I zdrowa! Grecy chleb traktują trochę po macoszemu, ale za to chlebem odsączą z talerza ostatnią kroplę oliwy.

Wieczór. Główne objadanie zaczyna się po zachodzie słońca. Restauracje i tawerny pracują wówczas pełną parą. Przy większych plażach Thassos można też posilić się w fast food’ach (jeśli już, to polecam pitę giros – grillowane kawałki mięsa z sosem i dużą ilością warzyw, zawinięte w ciasto o kształcie placka). Grecka kuchnia, nie jest zbyt wyszukana, raczej wiejska. W Polsce coraz łatwiej dostępna., lecz na miejscu, pod słońcem helleńskim smakuje inaczej. Oto parę bardziej popularnych na Thassos potraw: souvlakia – szaszłyk grillowany nad otwartym ogniem, stifadio – gulasz z cebulą, keftades – kulki z siekanego mięsa, smażone na oleju, dolmades – na zimno lub ciepło, rodzaj gołąbków z siekanego mięsa z ryżem, zawijane w liście winogron, pastisio – suflet z makaronu, mięsa siekanego i pomidorów, jako przekąska lub danie główne (pozostałość z czasów panowania weneckiego), owoce morza – kałamarnice, krewetki i ośmiornice. Panieruje się i smaży, następnie podlewa zimną oliwą z oliwek i serwuje z cytryną (w żaden inny sposób nie da się lepiej wydobyć smaku świeżo złowionych owoców morza i ryb), moussaka – suflet z bakłażanów, ziemniaków i mięsa siekanego, zapiekany w sosie beszamelowym i posypany serem. Smacznego.

Owady. Z komarami dało się jakoś wytrzymać. Pewną uciążliwość stanowiły wścibskie osy. Podkradały resztki z talerza. Jeśli tylko nie dość dokładnie wytarłem usta, osa natychmiast przypominała mi o tym. Na tarasie naszego pokoju hotelowego przeganialiśmy osy zwiniętą gazetą. Ciekawe, że wykazywały największy popłoch na widok „Tygodnika Powszechnego”. Ani „Przekrój”, ani „Polityka” nie były takie skuteczne (?!). Może to charakterystyczny zapach farby drukarskiej „Tygodnika”, a może specyficzny szelest? Nie wiem. W każdym razie, wybierającym się na Thassos polecam zabranie „Tygodnika Powszechnego” (tu podziękowania dla jego twórców!).

Zwiedzamy. W stolicy Limenie, co krok wystają z ziemi jakieś starożytności. A to agora, a to fragmenty zabudowań mieszkalnych, a to kawałki kolumn. Gdy słońce trochę zelżeje, warto wybrać się na małą wspinaczkę do ruin fortu górującego nad miastem i świątyni Ateny oraz na wysunięty cypel – do pięknie położonej świątyni Posejdona. W latach świetności  żyło tu 60 tysięcy mieszkańców, teraz około 2 tys. Główny deptak – tłoczniejszy niż na Krupówkach, pełno tu tego wszystkiego, co moglibyście przywieźć sobie do domu, a potem nie wiedzielibyście co z tym zrobić, gdzie to postawić lub schować.  Znaleźliśmy tu małą, portową knajpkę „Remezo”, w której głównie przesiadywali Grecy. Typowo ustawione stoliki – na ruchliwej ulicy, siedzimy równolegle do siebie i prostopadle do drogi. Wyciągnięte nogi znajdują się w jej połowie.
Miejsce, które trzeba odwiedzić, to monastyr Archanioła Michała, położony nad morskim urwiskiem, w południowej części wyspy. Jest tu relikwia – kawałek gwoździa  z prawej dłoni ukrzyżowanego Chrystusa. Założycielem świątyni jest święty Łukasz Pustelnik. Ciekawe jak Łukasz poradziłby sobie w stresującej pracy, lub jako petent w urzędzie państwowym, albo  w korku ulicznym?… Największy kościół na wyspie znajduje się w miejscowości Panagia (tzn. przenajświętsza). Jest tu szarfa króla Ryszarda Lwie Serce z XII wieku. 
W miasteczku roi się od straganów, gdzie koniecznie trzeba spróbować miodu piniowego. W miodzie zatopione są migdały i orzechy. W zalewie syropowej pływają figi, morele, brzoskwinie, czereśnie, owoce róży, dynia, a nawet marchewka. Roznoszą się odgłosy mlaskania.

Pokonujemy autobusem nadmorskie serpentyny. Nasz kierowca to prawdziwy mistrz świata (jak wszyscy tutejsi kierowcy autobusów). Nie do wiary, że tak da się kierować takim kolosem.  Pewna prawidłowość: autobusy zwężają się na ciasnej drodze, a baseny hotelowe rozszerzają się na zdjęciach w katalogach. Zagadkę z autobusem rozwiązuje J.Rowling w „Harrym Potterze”. Te autobusy to kolejne wersje „Błędnego Rycerza”, autobusu, który według potrzeb zmieniał swoje rozmiary!
Tawerna przy „Rajskiej Plaży”. Zamawiamy kalmary i souvlaki. Do souvlaków dostałem ziemniaki, frytki, ryż i chleb. Dla każdego coś dobrego. Ale jaka obsługa! Jeden kelner przyjął zamówienie, drugi przyniósł, trzeci przyszedł z rachunkiem, a czwarty odniósł talerze. Zwykła knajpka przy plaży, gdzieś na końcu świata… Stolik obok – mała, śliczna dziewczynka stoi na krześle. Kiwa się, śpiewa i jednocześnie zajada obiadek. Nikt nie zwraca jej uwagi, nie krzyczy, nie ściąga na dół, nie szkoli na siłę jedzenia sztućcami…

Siedzimy w „Remezo” przy kokkino krasi, czyli przy czerwonym winie. Dwóch szkrabów łowi ryby. Grubasek ma lepszy sprzęt – oprócz samej żyłki i haczyka, ma jeszcze spławik. Ale to kolega obok wyciąga ryby. Ma więcej sprytu, lepszą technikę i, przede wszystkim, głowę nie od parady!

Poznaliśmy Grigoriego z obsługi hotelowej.  -Zwróciłaś uwagę, jaki on jest zawsze pogodny? – spytałem żonę. – Każdy by taki był, gdyby mieszkał w takim miejscu! – odpowiedziała.

Wracamy. Z promu wyspa robi się powoli coraz mniejsza. Jest w tym jakaś nostalgia, smutek. Lepiej od razu samolotem. Chociaż to tylko tydzień, siedem wyrwanych z rzeczywistości dni. Zostawiamy wspomnienia i niewidoczne ślady stóp na kamieniach…

P.S. Na koniec przekazuję tutejszą receptę na długowieczność: wystarczy codziennie wypić kieliszek oliwy z oliwek i kieliszek tsipouro (czysta wódka, pędzona ze skórek winogron). Jest to gwarancja na 150 lat życia w pełnej formie. Całkiem możliwe do realizacji. Każdy może się przekonać.

Foto: Marian Jeżewski