Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

W kultowym „Siódmym wtajemniczeniu” Niziurskiego, niejaki Cykuś niespodziewanie zaczyna się nadymać, by w końcu ku własnemu zadziwieniu zamienić się w olbrzymią żabę. Nie wiedzieć czemu, to właśnie literackie nadęcie Cykusia staje mi przed oczyma zawsze w święta. No, tak po prawdzie, to wiadomo czemu – różnica jest jedynie taka, że moje własne nadęcie jest efektem świątecznego obżarstwa, a jego zobrazowaniu może służyć raczej hipopotam niż żaba, choć i to przykład niedoskonały, skoro to sympatyczne skądinąd zwierzę, w przeciwieństwie do mnie, może się przecież poruszać o własnych siłach. A wiedząc, że w swej przypadłości nie jestem osamotniony, często się zastanawiam skąd u nas w narodzie taki pęd ku zachłannemu świątecznemu żarciu? Zupełnie, jakbyśmy przez cały rok żyli o chlebie i wodzie…

Fakt jednak pozostaje faktem: jak już jesteśmy zupełnie i absolutnie napchani przy świątecznym stole, to zawsze się znajdzie miejsce, żeby na koniec jeszcze plasterek szynki dziabnąć. I tutaj pojawia się pewien naukowy paradoks: z jednej strony ufamy w Newtonowską fizykę – nasze łakome oddziaływanie na plasterek szynki powoduje siłę przyciągania o wektorze zwróconym w naszą stronę, dzięki której plasterek ląduje w naszych ustach. Z drugiej zaś strony, przeczymy dokonaniom Newtona i raczej skłaniamy się ku fizyce kwantowej, skoro przełknięcie kolejnego plasterka szynki nie znaczy wcale, że już się w naszym wnętrzu nic nie zmieści, a raczej znaczy coś zupełnie odwrotnego: jak wlazł pierwszy, to drugi też da radę!

Miałem kiedyś takiego znajomego… hm… obszerniejszy był wtedy ode mnie…, który taką oto zabawą katował swoich kolegów, w tym mnie, zawsze kiedy przyszedł dzień wypłaty. Otóż miast oddać się zasłużonemu po miesięcznej harówie przepijaniu wypłaty w pubie, organizował rajd po katowickich barach (początki lat dziewięćdziesiątych), by w każdym z nich coś na ruszt wrzucić. Zaczynało się zazwyczaj od pierogów z mięsem, bigosów, fasolek po bretońsku, szło przez kluski śląskie, kaszę z mięsem i łazanki, aż kończyło na zupie mlecznej. Istota tej makabrycznej rozgrywki polegała na tym, że płacił za całą ferajnę ten, który pierwszy wymiękał, nie mogąc w siebie więcej zmieścić. Autora pomysłu nigdy nikomu nie udało się pokonać, za co odwdzięczał się później stawiając piwa do upadłego. Niejaki Randy Newman rzekł był kiedyś: „To my stworzyliśmy lata osiemdziesiąte, czas najwyższy stworzyć dziewięćdziesiąte!” Trudno powiedzieć, żebyśmy je tworzyli, ale lata dziewięćdziesiąte miło nam zeszły!

Nie wiem, czy z powyższej historii można wyciągnąć jakiś morał – chyba jedynie taki, że teraz już nie tylko lata nie te, ale i takich barów nie ma. Dzisiaj na tę piękną zabawę jesteśmy za starzy, a i tak żeby ją uskutecznić, trzeba by się w banku o kredyt hipoteczny wystarać. I tylko łezka się w oku kręci, kiedy w „Przygodach Szwejka” czytamy jak dzielny Baloun potrafił zjeść kilka kaczek, prosiąt i kilkadziesiąt klusek, na tzw. jedno posiedzenie. Poza tym czasy się zmieniły: kiedyś przecież kompletnie nie mieliśmy pojęcia, że jeść dużo jest nie zdrowo. Teraz wystarczy pierwsza lepsza gazeta, żeby się dowiedzieć co wolno, a czego nie. Co ciekawe, te rzeczy dozwolone zmieniają się, jak szkiełka w kalejdoskopie: jeszcze niedawno nie wolno było jajek, bo cholesterol w nich wredny mieszka i nas niechybnie do grobu zaprowadzi. Potem się okazało, że cholesterol i owszem w jajkach siedzi, ale taka jego akurat odmiana, że możemy jajek wtranżalać, ile dusza zapragnie. Innym zaś razem tłuszczem straszyli, aż do momentu, kiedy profesor jakiś diety… na tłuszczu opartej nie wymyślił. No i dawaj wszyscy jak na komendę się tym tłuszczem odchudzali. Potem w zależności od pory roku atakowały nas diety – np.: czternastodniowe – o wiele gorsze niż zupełna głodówka, czy węglowodanowe, po których większość kursantów chciała oddać majątek za łyżkę ziemniaków.

Na szczęście jesteśmy coraz mądrzejsi i już wiemy, że te wszystkie diety to pic na wodę i fotomontaż. Jedyna dieta, która rzeczywiście działa, to eMŻet, czyli Mniej Żreć, ale jak to uczynić, kiedy wszystko takie dobre? Nie da się, prawda? Tak więc tkwimy sobie w tym świątecznym rozdęciu i przestańmy się wreszcie czarować, że statystyki świątecznych zatruć i pełne ręce lekarzy pogotowia mogą nas skutecznie przestraszyć. Skończy się na tym, że w poświąteczny wtorek rano nie będziemy mogli na szynkę patrzeć, co nam zupełnie nie przeszkodzi, żeby przed wyjściem do pracy jeszcze na drogę przynajmniej jeden jej plasterek dziabnąć!