Autorem wpisu jest: Anna Kierzek

Toskania to nie tylko jedna z włoskich prowincji – to kilkusetletnia tradycja, to miasta otulone kamiennymi murami, gdzie starożytni Toskańczycy – Etruskowie wciąż strzegący swoich tajemnic. Spacerując tuż po zmroku wąskimi, brukowanymi uliczkami zdaje się, że gdzieś z tych zaułków wyglądają ich duchy, że wciąż są tam obecni i drwią z nas – zachwycających się ich historią – tubylców XXI wieku.

Toskania to prostota. Prawdziwa toskańska kuchnia jest czysta, bez zbędnych dodatków smakowych, kostek Knorr'a i ulepszaczy. Prosta, pachnąca słońcem ziołami i naturą. Toskania to także prości ludzie żyjący dniem dzisiejszym, bez pośpiechu, w zgodzie z naturą. Smaku Toskanii nie znajdziecie jednak w wielkich miastach – Sienie, Florencji czy Pizie – te miasta tak bardzo chłoną turystów, że łatwiej tam o knajpkę chińską, niż o tradycyjną, toskańską restaurację. A jeżeli już trafi się takowa, smak serwowanych w niej potraw mało ma wspólnego z toskańską tradycją. Przez siedem dni przejechaliśmy prawie 2000 km, odwiedziliśmy kilkanaście malowniczych miast i miasteczek. Nie sposób wszystkiego opisać.

Kilka oryginalnych potraw
porchetta – to pikantne plastry prosięcia pieczonego na rożnie, włożone w rozciętą bułkę
bruschetta – to jadaliśmy najczęściej – opiekane kromki chleba z oliwą – z różnymi dodatkami, nacierane czosnkiem, z pomidorami, bazylią, grzybami, czy też serami
panzenella – to tradycyjna toskańska sałatka, której składnikami są: namoczony w wodzie i dobrze odciśnięty czerstwy chleb, pomidory, ogórki zielone, czerwona cebula, bazylia, oliwa. Potrawa dziwna, aczkolwiek smaczna. Raczej niedostępna w restauracji, ale można jej spróbować w zaprzyjaźnionym domu
fritto misto – smażone w oliwie z oliwek kawałki królika, kapelusze prawdziwków i kwiaty cukini – wszystko to razem podawane w rożkach z papieru, delikatny smak kwiatów cukinii jest nie do opisania!
finocchiona – to salami, aromatyzowane nasionami kopru włoskiego
gelato – lody, które nie miały nic wspólnego z lodami „włoskimi", jakie można kupić w Polsce…

Co nas zachwyciło
Poranne wyjścia po pieczywo, do jedynego sklepiku w okolicy. Mieszkaliśmy w kamiennym, kilkusetletnim domu na wzgórzu. Kamienna droga najpierw wiła się wśród cyprysów, potem pośrodku winnych plantacji. Sklepik był podzielony na dwie części – w jednej można było zakupić podstawowe produkty spożywcze, drugi pełnił rolę baru szybkiej obsługi. Przed ósmą rano sklepik i bar były pełne – Włosi wpadali po prostu rankiem, w drodze do pracy na espresso i croissant'y. Bardzo spodobało nam się ten sposób spożywania śniadania i już na drugi dzień właściciel witał nas tak samo przyjaźnie, jak i innych stałych bywalców.

Toskania na talerzu – Osteria del Caffè Casolani
Smak prawdziwej Toskanii odnaleźliśmy w małym miasteczku Casole d'Elsa, kilkadziesiąt kilometrów na południe od Sieny. Osteria inna niż wszystkie – za obszernym barem roześmiany Fabio – Włoch może pięćdziesięcioletni ze stoickim spokojem parzył kawę, kelner (podejrzewam, że jego brat) bez wyraźnego pośpiechu obsługiwał osiem stolików – wszystkie były zajęte. Osobliwością był fakt, że nie było karty menu. W każdym dniu obowiązywało „ danie dnia" i wszyscy, bez wyjątku dostawali to samo. Zasiedliśmy do stołu, pięcioosobową drużyną. Za nami wielki regał z książkami, na ścianach obrazy, po kątach różne dziwne przedmioty, pod stołem kręcił się kot, z kuchni na końcu sali wydobywały się zapachy pomidorów, czosnku i bazylii. Sądząc po ilości talerzy i sztućców, mieliśmy spędzić długi wieczór w Osterii…

Podano zupę – gęstą, ze świeżych pomidorów, szczodrze doprawioną czosnkiem i bazylią, z grzanką i parmezanem. Nim zupa dotarła na stół, grzanka zdążyła wchłonąć płyn z zupy, czyniąc ją tym samym jeszcze gęściejszą. Spałaszowaliśmy dość szybko pomidorową w nadziei, że kelner od razu poda kolejne danie. Czekaliśmy, czas płynął. Po 30 minutach na stół wjechał dość spory półmisek pappardelle (szerokie wstążki jajecznego ciasta) z sosem z wieprzowiny – mięso było dość grubo posiekane, uduszone ze sporą ilością cebuli, czosnku i ziół – przyprawy podkreślały smak mięsa, a ilość tłuszczu, jaka oblepiała wstążki nie dawała złudzeń co do kaloryczności posiłku. Tym razem, wzorując się na biesiadnikach sąsiedniego stołu, trochę wolniej pracowaliśmy sztućcami – kolejne danie miało nadejść za jakiś czas… A my nie mieliśmy pojęcia, co to będzie! Wpierw pojawił się koszyk chleba i butelka Vina della casa – czyli wina domowego, produkowanego gdzieś pewnie nieopodal. Kelner wniósł danie główne: dwa półmiski – plastry rolady drobiowej na liściach sałaty; całość skropiona jedynie octem winnym i oliwą. Na drugim półmisku – kawałki wołowiny duszone w czerwonym winie i gotowana biała fasola.

Dania proste. Do rozpoznania nie po kształcie, ale smaku. Nie jestem zwolenniczką wołowiny, ale kulinarna dociekliwość nie pozwoliła mi ominąć tego półmiska. I tu się przyznam szczerze – przeprosiłam się z wołowiną i bez specjalnych zachęt zajęłam się swoją porcją. Wydawać by się mogło, że ta ilość potraw nie pozwoli na przyjęcie deseru? Ależ skąd! W końcu zajął się nami Fabio. Poznaliśmy smak prawdziwego espresso. fakt, że przygotowanie pięciu filiżanek zajęło mu piętnaście minut – ale jak miał to zrobić szybciej, skoro w międzyczasie musiał zamieć słówko ze znajomym, bo wpadł na chwilę, pogłaskać po głowie malucha (pewnie syna), który wbiegł i wybiegł z restauracji i wynieść kota zza baru? Zapytaliśmy, czy do kawy dostaniemy może jakieś słodycze – kelner po chwili wrócił z piramidką niby ptasiego mleczka (jak nam się wydawało). Każda czekoladka pakowana w osobny papierek… Jakie było nasze zdziwienie, kiedy po odpakowaniu okazało się, że to… lody! Waniliowe, czekoladowe, z orzechami piniowymi w środku. Panowie – w ramach poczęstunku zostali uraczeni złocistą grappą.

Spędziliśmy tam prawie trzy godziny – tak właśnie jadają Włosi. My chcieliśmy szybko zjeść. Spieszyć się. Nie wiadomo gdzie i po co. Informacja na drzwiach restauracji głosiła, że lokal jest czynny od 19.30. do 21.30. Kiedy wychodziliśmy po 22, byliśmy pierwszymi gośćmi, którzy opuścili to miejsce… Włosi się nie spieszą. Mają czas. Pora posiłku to dla nich nie tylko jedzenie, ale przede wszystkim czas na spotkanie z rodziną, przyjaciółmi. Toskańczycy żyją wolniej, są radośni i uśmiechnięci. Po 19.00 zapełniały się ulice, brakowało miejsc w kawiarniach, miasteczko senne za dnia, budziło się, wąskie uliczki stawały się gwarne, ale nie niebezpieczne. Obcy ludzie uśmiechali się do nas przyjaźnie.

Taka jest Toskania. Wracając ostatniej nocy do naszego domu na wzgórzu, stojąc pod czarnym niebem Casole d'Elsa dotarło do nas, że tu musimy powrócić – zapamiętaliśmy stare toskańskie przysłowie: „partire e un po' morire" – wyjechać, znaczy trochę umrzeć. Wrócimy, kolejnej jesieni.

Osteria del Caffè Casolani, Casole d'Elsa – Siena – Via Casolani 39/41, tel. + 39 0577/ 948733; 948734

 

Foto: Anna Kierzek

Na zdjęciu: wejście do Osteria del Caffè Casolani

Galeria: widoki Toskanii