Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Czasy, kiedy codziennie przesiadywało się w ulubionej knajpie odeszły do przeszłości – trochę za mało zarabiamy, żeby sobie na to pozwolić. Nie odeszło jednak do przeszłości to, by mieć ulubiony pub, czyli miejsce, które znamy jak własną kieszeń i które nas też dobrze kojarzy. Nie chodzi tu jednak o ten typ znajomości, który swego czasu zaobserwowałem w zjawisku socjologicznym pn. „Bar u Richarda” w bytomskich Łagiewnikach, gdzie trudno było w ogóle wejść, ponieważ każdy nowy amator piwka przykuwał wzrok wszystkich biesiadników w grobowej ciszy. Wzroku tego nie powstydziliby się najbardziej doświadczeni pokerzyści, a cisza była tak grobowa, że stosują ją w Hollywood mistrzowie horrorów i świadczy tam o tym, że główny bohater przygotowuje się właśnie do finałowej sceny.
W takich miejscach patrzenie komuś prosto w oczy stanowi niewybaczalną potwarz, ponieważ narusza poczucie lokalnie sprawowanej władzy. Nie szkodzi, że władza dotyczy kręgu trzech połączonych stolików – została naruszona i należy się za to co najmniej po ryju! Jednak ostatnimi czasy takie kultowe miejsca typu „la spelune” odchodzą do przeszłości, skoro wszedłem ostatnio do wypełnionej po brzegi budki z piwem przerobionej z blaszanego garażu i nikt na mnie specjalnie nie zwrócił uwagi. Tak to już jest z rozwojem cywilizacji, że w miejsce starych ulubionych kuflolotów pojawiły się nowe. Z tą różnicą że kufle nie tylko nie latają tam na wysokości lamperii, ale nierzadko zastąpione zostały kruchymi pokalami, które po rzuceniu w ścianę nie dają już tak dramatycznego efektu.

Mowa tu o pubach, w których nie jest najtaniej, ale za to spojrzenie komuś prosto w oczy nie jest karane śmiercią. Ostatnio zaś z przyjacielem w pubie, w którym mamy ulubiony stół, zaczęliśmy się zastanawiać jakie atrybuty ma współczesny ulubiony pub, by za ulubiony mógł uchodzić. Po kilku piwach zgodnie doszliśmy do wniosku, że ulubiony lokal można rozpoznać po tym, czy pozwolą wam tam zaparkować rower. To, wbrew pozorom, akuratny wyróżnik, bo zdaje się, że trzeba zaskarbiać sobie przychylność właściciela, żeby oparty o ścianę trekingowiec go nie denerwował. Co więcej, nie sposób sobie wyobrazić, by w jednym czasie i przy jednym barze zaparkować tyle rowerów, ilu gości zasiaduje akurat w lokalu, więc tym bardziej możliwość przyjechania do pubu na rowerze wydaje się być czymś szczególnym. Jak do 
tej pory jedynie Pub Corner, na ul. Jankego zezwalał mi na takie zuchwalstwo, ostatnio jednak coś takiego przeszło w Spencerze, co spowodowało, że miejsce to pokochałem nagle jeszcze bardziej.

Drugim atrybutem ulubionego pubu jest obopólna dobra znajomość. Z jednej strony nie może to być miejsce, o którego lokalizacji trzeba tłumaczyć znajomym, bo wówczas nikomu nie przyszło by na myśl, że właśnie od tego miejsca należy zacząć poszukiwania w przypadku naszej zguby. Z drugiej zaś strony znajomość ta polega na tym, że kiedy się przychodzi do ulubionego pubu nie trzeba nic zamawiać, bo obsługa i tak wie, że zaczynamy od dużego piwa, więc po co nadaremnie strzępić język. A jak już po każdym wypitym piwie bez pytania stawiają na stoliku kolejne, to znaczy, że znają nas już lepiej niż my znamy siebie, przez co kontynuują ten proces donoszenia piw, chyba że uda się wcześniej wybełkotać prośbę o rachunek.

Jest jeszcze jeden wyróżnik, o którym warto wspomnieć, a mianowicie ilość wypowiedzianych w czasie wizyty w pubie słów: „cześć”. To ona bowiem świadczy o tym, ilu tak naprawdę w tym pubie mamy znajomych i to zarówno tych, którzy tam zaglądają niezależnie, jak i tych, których w ciągu tych wielu lat przesiadywania przy jednym stoliku zdążyliśmy poznać. Oczywiście do liczby tej można śmiało doliczyć wszystkie „dzień dobry” wypowiadane do przeróżnych sławnych osób, które do pubu zaglądnęły w naszej tam obecności. Wprawdzie oni nas nie znają, ale my ich i owszem i to z telewizora, więc żeby im było miło w naszym ulubionym pubie pozdrawiamy ich znad kufla piwa. Wprawdzie osoba znana z telewizora zazwyczaj rozczarowuje swoim rzeczywistym wzrostem i tu na plan pierwszy wysuwa się Bogusław Macho Linda, którego raz widziałem z daleka, ale za to nie powiem na jakiej mojej wysokości miał oczy, żeby wstydu nie robić. Jak sami jednak wiecie, u siedzącego przy stoliku wysokości nie widać, więc w pubie wzrostu komuś nie wymawiajmy!

Jeśli zaś wszystkie powyższe elementy zebrane do kupy zgadzają wam się z pubem, do którego chadzacie, oznacza to ni mniej, nie więcej, iż jest to wasz pub ulubiony. A pub ulubiony, jak sama nazwa wskazuje, jest przyjemnie mieć i przyjemnie się jest w nim swym czasem z przyjaciółmi i producentami alkoholu dzielić.