Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Będąc niedawno „w gościach" poczułem się trochę niezręcznie. Zauważyłem, że gospodarz nalał mi do pełna kieliszek wina. Zrozumiałem staropolski zwyczaj – „czym chata bogata" i postanowiłem, że nie będę się wymądrzał. Dotarło do mnie, że ciągle wiele osób traktuje ten trunek po macoszemu.

Niech Państwo wyobrażą sobie, że kupiliście właśnie nowy samochód. Zapłaciliście, po czym poprosiliście sprzedającego, by wymontował klimatyzację, podgrzewanie tylnej szyby, wspomaganie kierownicy i synchronizację biegów (ewentualnie jeszcze coś, co lubicie, ale bez czego samochodem też da się jechać). Po tych zabiegach dopiero wsiedliście i odjechaliście. Teraz pytanie: „po co mi te wszystkie akcesoria?" proszę zamienić na: „po co piję wino?"

Może to pytanie wydawać się niezbyt mądre, ale tylko na pozór. Bo jeśli odpowiedzią jest charakterystyczne wskazanie szyi, to szkoda pieniędzy. Są tańsze napitki z większą zawartością spirytusu. Lecz jeśli nie jest to jedyny powód sięgnięcia po wino, to ponawiam pytanie w innej formie – „po co pozbawiać się przyjemności, za którą i tak płacimy?" Wino, oprócz ilości procentów wskazanej na etykiecie, ma jeszcze kilka innych walorów. Grzechem jest z nich nie korzystać!

Królewska rada
Znalezienie dodatkowych pożytków w winnym trunku nie jest czymś niesamowitym, tym bardziej, że narzędzia mamy pod ręką. Są to: oczy, nos i usta. Zauważy ktoś, że przecież biorą one zawsze udział w piciu. Oczywiście, jednakże często w sposób nieświadomy. To tak, jak tajni współpracownicy, którzy nic o tym nie wiedzą. Dobrze jest więc podążyć za radą króla Edwarda VII, który zauważył, że „wino nie tylko się pija. Wino się wącha, obserwuje, podziwia, smakuje, sączy, delektuje i o winie się mówi".

Warunek
Abyśmy winem mogli się delektować, musi być spełniony jeden podstawowy warunek: potrzebujemy do tego wina, a nie produktu winopodobnego. Jak je odróżnić? Po cenie. Poniżej 10 złotych to nie są wina. Zaczynają się dopiero w okolicach 20 zł. Niestety, nie ma etykiet odradzających daną zawartość. Pozostaje trening, który czyni mistrza.

Kieliszek – „Obserwatorium"
Jeśli mamy już odpowiedni napój, to do treningu potrzeba nam odpowiedniego naczynia. Obserwatorium powinno być przede wszystkim czyste, to znaczy przezroczyste. Wszelkie kolorowe kieliszki, cięte szkło czy wzornictwo typu „wielkanocna pisanka" – do tego celu się nie nadają. Grube kryształy też nie są wygodne. Im prostszy kieliszek, tym lepszy. Powinien mieć kształt „tulipana", czyli lekko zamykać się u góry (otwarte pucharki pozbawiają nas cennego aromatu, a także źle się z nich pije). Nieporęczne są zbyt krótkie lub zbyt długie nóżki.

Odpowiednia ilość
Wspomniany na wstępie pełny kieliszek uniemożliwia zamieszanie wina, a co za tym idzie, nie pozwala na napowietrzenie płynu i wydobycie z niego pełni zapachów. (To nie wódka, którą czuć po samym zbliżeniu nosa.) Najlepiej napełnić go w około jednej trzeciej pojemności. Jeśli na początku mieszanie w powietrzu jest za skomplikowane, można robić to stawiając kieliszek na stole. Szybko dojdziemy do wprawy.

Kontakt wzrokowy
Nowa znajomość zaczyna się zawsze od spojrzenia, przyglądania się. Z winem jest dokładnie tak samo. Patrzymy uważnie jak wygląda, jak prezentuje się w kieliszku (jaką ma „szatę"). Jakiej jest barwy, szklistości, jak się przelewa, czy „płacze", spływając po ściankach kieliszka, czy jest klarowne. Kontakt wzrokowy daje już pierwsze estetyczne wrażenia. Podziwiamy np. piękną, głęboką czerwień lub intensywny, słoneczny kolor.

Trzeba mieć „nosa"
Zmysł węchu jest chyba w degustowaniu najważniejszy. Towarzyszy on jednocześnie w dużym stopniu podczas próbowania smaku (proszę jedząc jakąś potrawę zatkać sobie nos!). Jesteśmy w stanie rozróżnić aż 4.000 zapachów! Powonienie ostrzega nas przed niebezpieczeństwem. Jeśli wino jest zepsute, natychmiast poznamy to po wciągnięciu aromatu. (Może stąd wzięło się określenie, że ktoś ma do czegoś „nosa"?) Rozróżnić zapachy to jedno, a potrafić je określić, to druga sprawa. Z prostymi zapachami takimi, jak cytryna, kawa czy tytoń nie ma problemu. Bardziej złożone bukiety można po prostu nauczyć się rozpoznawać. Pomaga w tym odwoływanie się do zapamiętanych wrażeń z dzieciństwa. Przyjemny zapach potrafi nas wzruszyć, zaciekawić lub oczarować.

Pocałunek
Tak, jak bliska osoba obdarzy nas pocałunkiem, tak najbliższy kontakt z winem mamy wówczas, kiedy znajdzie się ono w naszych ustach. Oprócz smaku czujemy zapach, a także angażujemy w to zmysł dotyku. Dobrze jest się nie spieszyć, zatrzymać płyn na chwilę w ustach, lekko wciągnąć nosem powietrze i dać winu rozpłynąć się po całym języku. Po przełknięciu zauważmy jak długo jeszcze pozostaje smak, czy wino jest szorstkie, ściągające, czy łagodne lub mięsiste. Kubki smakowe pracują nad wyłowieniem słodkości, kwasowości, słoności i goryczki. To podstawowe smaki, które tworzą różne kombinacje. Bawmy się w nazywaniu ich, w wyrażaniu swoich indywidualnych odczuć.

Uczta dla zmysłów
Myślę, że dosadnie podsumuje to znakomity pisarz francuski Guy de Maupassant: „Tylko durnie nie są smakoszami. Jest się smakoszem, tak jak jest się artystą lub poetą. Smak to zmysł godny szacunku, który można doskonalić, tak jak nos, oko i ucho". Tak, jeśli dodamy do ceremonii degustowania miły dźwięk wyciąganego korka czy nalewanego do kieliszka wina, to będziemy mogli powiedzieć, że wszystkie pięć zmysłów bierze udział w smakowaniu wina. Rozwijajmy więc tą umiejętność i miejmy z niej jak najwięcej przyjemnych doznań!