Partnerem wpisu jest L’Entre Villes

Wyjątkowe miejsce na gastronomicznej mapie Trójmiasta. Piękne wnętrza i obsługa na najwyższym poziomie. Restauracja, bistro, club privee, winiarnia. Al. Niepodległości 737, Sopot....

Temat, który postanowiłem poruszyć jest wszystkim dobrze znany. Mentor. W każdej dziedzinie życia potrzebujemy takiej osoby i choć definicja, w zależności od naszego punktu widzenia, może się różnić uważam, że posiadanie i wyszukanie mentora od samego początku swojej przygody w kuchni jest bardzo istotne.

Mentor to nauczyciel, który nierzadko zastępuje nam ojca. Ilość godzin spędzona w kuchni sprawia, że jest ona Twoim drugim domem. Wychodząc często po 23 jesteśmy w stanie zobaczyć tyle, co nic, a właściwie to chcesz być już w domu albo gdzieś w klubie popijając mocne trunki. Tak więc, mentor to osoba, która w kuchni Cię ustabilizuje, doda skrzydeł, pokaże jak być kreatywnym, da Ci pewność siebie, ale najczęściej kopnie Cię mocno w tyłek bo coś partaczysz albo jesteś jeszcze na porządnym kacu.

Ja swojego mentora spotkałem dużo wcześniej, bo w szkole sportowej. Był to mój trener. Zaczynając pracę w kuchni już wiedziałem, że na początku będę kogoś takiego potrzebował – trenera właśnie. Nie szukałem ich w telewizji czy programach kulinarnych. Chodzi o „namacalność.” Jeśli chcemy się czegoś nauczyć, musimy to dotknąć, poczuć, powąchać. Od zawsze byłem zafascynowany organizacją pracy kucharzy na Wyspach Brytyjskich. W końcu dobrych parę lat temu dostałem taką szansę i byłem pod ogromnym wrażeniem ich wiedzy i organizacji  działań. Myślałem, że wiem już dużo, a okazało się, że mnóstwo nauki i pokory przede mną.

Postanowiłem czerpać i patrzeć na ich pracę jak najwięcej. Pracowałem więcej od innych i łaknąłem wiedzy. Oni dali mi kolejnego kopa. Postanowiłem wyjechać za granicę i doświadczyć tego, co oni. Udało się. Wieczorową porą postanowiłem zacząć wysyłać CV po całym świecie w miejsca, które w danym czasie mi się spodobały. Po paru dniach zadzwonił do mnie mężczyzna z angielskim akcentem. Zapytał mnie, czy za tydzień mogę się zjawić w pracy. A ja na to – ok. Nie znał mnie, ocenił mnie tylko po CV i swojej intuicji. Bez chwili namysłu spakowałem ile się dało i bez znajomości języka wyruszyłem w podróż.

Okazało się, że ten mężczyzna, który do mnie dzwonił to mój następny mentor (z czego jeszcze nie zdawałem sobie sprawy), który zapadł mi do tej pory najbardziej pamięć. Gdy wszedłem na kuchnię okazało się, że takich jak ja jest około piętnastu. Każdego werbował tak samo. Nie licząc kucharzy śniadaniowych, praktycznie wszyscy byliśmy z innych krajów. A później tworzył z tego zgrany zespół. W żadnym stopniu nie był wyrozumiały, wręcz napisze, iż większość go nie lubiła, ale szanowała. Najbardziej wymagająca osoba, z którą przyszło mi w życiu pracować. Co najważniejsze, wciąż wymagał więcej od siebie niż od innych. Dlatego właśnie mój szacunek do niego z każdym dniem rósł, co sprawiało, że rosła moja motywacja.

Gdy wchodziłem do pracy – on był, gdy wychodziłem z pracy – on był. Pamiętam, że gdy ktoś miał problem, starał się go rozwiązać jak najszybciej, zapraszając na rozmowę do biura z dwoma jabłkami. Po czym kazał usiąść i zajadać się nim w tym samym czasie, mówiąc. Zapewne chodziło mu o rozluźnienie atmosfery zważywszy na to, jakim jest sztywniakiem. Chore, ale skuteczne. Znał odpowiedz na każde pytanie, ale najważniejsze mimo sztywnej atmosfery spajał zespół. Często po skończonej zmianie zabierał nas do pubu, stawiał jedną kolejkę piwa dla wszystkich, po czym wracał do domu, a nas zostawiał. Dziś z powodzeniem prowadzi pięciogwiazdkowe hotele w Australii, a wcześniej między innymi w Chinach czy Anglii.

Jestem przekonany, że obok Ciebie jest wiele mentorów z ogromną wiedzą, ale musisz wiedzieć jedno: na taką dawkę nowej wiedzy trzeba słono zasłużyć. Jeżeli Ci się wydaje, że „odpukanie” swojej zmiany Ci na to pozwoli, to jesteś w błędzie. Musisz mu pokazać, że przede wszystkim Ty chcesz. Twoja wiedza, o której myślisz jest tutaj nieistotna bo po prostu – jeszcze jej nie masz.

Na mojej drodze spotkałem paru mentorów i chciałbym przekazać Ci jedno: jeżeli aktualnie pracujesz w kuchni, która serwuje kuchnię polską, nie oczekuj od swojego szefa, żeby przedstawił Ci „od a do z” kuchnię molekularną bo możliwe, że tego nie potrafi i na Boga - nie musi! Nie można być najlepszym we wszystkim. Jeżeli wiesz już jak się klepie schabowe - to odejdź , idź dalej i podążaj za swoimi marzeniami.

Na pewno zdarzy Ci się spotkać na swojej drodze jakiegoś drania, który będzie starał się wyładować na Tobie bez jakichkolwiek argumentów, tylko i wyłącznie z nienawiści do samego siebie. Wtedy bez wahania odwróć się na pięcie i uciekaj. Pamiętaj jednak – nie zapomnij ze sobą noży, bo to jeszcze nie koniec. Znajdź miejsce, w którym chciałbyś pracować i staraj się o angaż. Tam z pewnością spotkasz następnego mentora, który zafascynuje Cię innym tematem. Później znów odejdź i idź dalej. Wielu szefów kuchni mi powtarzało, abym zmieniał pracę raz w roku lub raz co 2 lata, dopóki nie odnajdę pełnej świadomości podejścia do gotowania lub swojego miejsca. Jest to najlepsze rozwiązanie, jeżeli chodzi o naszą kreatywność i samodoskonalenie.

Mentor ma na celu pomóc Ci posunąć się do przodu i wprowadzić na właściwe tory. On pomaga Ci stawiać kolejne kroki. Jeżeli czujesz, ze nie jesteś w stanie już więcej się od niego nauczyć – odejdź. Bądź egoistą, w każdym przypadku. Pamiętaj, że każdy z nas nim jest. Utrzymuj jednak z nimi kontakt i nie zapominaj o nich, bo jeszcze o tym nie wiesz, ale nie raz i nie dwa powrócisz do tych lat nauki, które przeniosły Cię na wyższy poziom sztuki kulinarnej.