Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Jak wiadomo (z Discovery, a skąd by indziej?) hamburgera wymyślili Rzymianie, którzy posilali się chętnie poza domem w przyulicznych straganach. A ponieważ zazwyczaj bardzo im się spieszyło, brali kawałek wysmażonego mięsa między dwie pajdy chleba i gnali na podbój ziem, które zostały jeszcze do podbicia. Jak uczy historia rzymski hamburger dawał tyle siły, że byli właściwie niepokonani. Piszę „właściwie”, bo wiadomo, że wciry dostawali od Obelixa i Asterixa, a w końcu odważyli się na to inni, aż było po Imperium. Nam, potomnym, zostały dzielne żołnierskie opowieści, przecinające podbite krainy akwedukty, no i hamburger. Tego o smaku plastyku i pomyj z amerykańskich fast fordów od razu sobie można darować. Natomiast w Katowicach pojawiła się jego kolejna odmiana – tym razem po włosku, o wdzięcznej nazwie bruschetta w przyjemnie nowej knajpie Zielona Dolina.

Pojechałem tam pod wieczór, kiedy nasz ukochany park spowijała ciemność i wspomnienie o szalejących tu kiedyś nocnych mordercach. I z tej ciemności nagle, niespodziewanie wyłoniło się coś wielce przyjemnego: rozświetlona od środka ciepłym, żółtym światłem knajpka, z dużą ilością starych rowerów zwisających u sufitu i ze zbyt ciasno ustawionymi stołami. Do tego równie stare, jak rowery, radia, kominek z trzaskającym ogniem, a gdzieś w oddali światła innej knajpy leniwie kładące się na wodzie, co to przez centrum parku płynie.

Od razu robi się „klimatycznie” – tak jakoś przytulnie i niespieszno i to w samym centrum tego całego śląskiego, przedświąteczno – hipermarketowego zgiełku. Do absolutu szczęścia brakowało mi tylko lampki czerwonego przedniego wina. Niestety – w tym miejscu należy z żenadą spuścić oczy nad marnością winnego zaopatrzenia tego całkiem miłego przybytku. Jedyne wino czerwone, które mieli to… pewnie się państwo domyślacie. Ponieważ wielokrotnie wylewałem żółć na to wino, co się winem nie powinno nazywać, więc tym razem sobie oszczędzę. Zostałem przy wodzie mineralnej – piwo odpada, gdyż po raz setny zwariowałem i postanowiłem się trochę skurczyć w okolicach, w których jestem najbardziej puszysty. Ale nie przeszkodziło mi to zupełnie, żeby popróbować innych, niż pizza, miejscowych specjałów.

Zacząłem od tortellini – czyli słynnych włoskich pierożków z mięsem w sosie bolognese (10 zł) – tu w wersji zapiekanej z szynką i serem. Już pierwszy kęs udowodnił, że miejscowy kucharz nikomu spod ogona nie wyleciał. Dobre, nawet bardzo, chociaż kiedy zamówiłem gnocci, czyli włoskie kluseczki w sosie borowikowym zapiekane z kurczakiem, pieczarkami i serem (13 zł) wiedziałem już, że mają tu coś jeszcze lepszego. Zresztą spróbujcie sami, bo akurat tego naprawdę warto. Na koniec dorwałem się do wspomnianej przy okazji „starożytnych Rzymian” bruschetty (6 zł) występującej tu w kilku odmianach w zależności od dodatków. Ja wybrałem z bekonem, co dało fantastyczny efekt. A cała bruschetta to właśnie dokładnie przeniesiony z Rzymu pomysł wsadzenia mięsa pomiędzy dwie pajdy chleba – w tym wydaniu chleb jest przypieczony, a bekon spoczywający w środku uzupełniony pomidorem, odpowiednim sosem i oczywiście serem. Całość jest tak dobra, że można się tym zajadać. Hm…

Pójść do restauracji na kromkę chleba? Brzmi jakoś tak mało wykwintnie – ale z drugiej strony, trzymając pajdę w dłoni trzeba pomyśleć koniecznie o Rzymskim Imperium – albo w wersji dla wymagających, czyli prosto z kart książek Kubiaka, albo w wersji soft dla konsumentów kultury masowej – wprost z Hollywood, gdzie dobry Rzymianin, Rusel Crowe, wdycha zapach ziaren wprost z pola, patrzy skupiony w dal, żeby nam pokazać, że 15 zeta wydanych na kinowy bilet nie było zmarnowane. I choćby nie wiem jak był dzielny i dzielnie nie „gladiatorował” wyciskając łzy współczucia z bardziej emotywnych panien, to i tak kiedyś będzie musiał natknąć się na nieustraszonych Galów z ich magicznym napojem. Finał tej historii wszyscy znamy, wiemy że Rzymianom należy się porachowanie kości, chociażby za te ich męczące podboje. Z pomysłem na hamburgera nie wiadomo co zrobić – wynosić pod niebiosa, bo w końcu dobry to pomysł, czy też zachować milczenie, wiedząc jaki ci zza oceanu biznes z tego uczynili. Na wszelki wypadek zachowajmy dystans – przynajmniej taki, na jaki po zobaczeniu „Super size me” można się zdobyć.

Pizzeria, pub "Zielona Dolina", WPKiW w Chorzowie, al. Różana 3