Strasznie dawno mnie tutaj nie było. Pisząc po takiej długaśnej przerwie czuję się jakbym właśnie wlazła do zakurzonej i zabrudzonej kuchni i siedziała na obklejonym stołku. Czas na powrót i sprzątanie.

Sporo tego sprzątania. Wiele się w moim życiu zawodowym i prywatnym teraz dzieje. Można powiedzieć rewolucja. Z rewolucjami wiadomo jak jest: syf, kiła i mogiła. Talerze się tłuką, garnki lecą…

Ale nie o tym miałam… Korzystając z ostatnich dni wakacji odwiedziłam Beskid Sądecki i Pieniny. Towarzyszyła mi moja rodzina w poszerzonym składzie, Mr. Knife z rodziną i znajomi. Wielka, 13-osobowa, rozwrzeszczana hałastra.

miod

Beskid Sądecki to sporo nowych miejsc do odkrycia. Bacówki i schroniska z pysznym jedzeniem, hodowle pstrąga, miody, grzyby, widoki, spokój i cisza. Bazę mieliśmy w Wierchomli Wielkiej.  Stąd blisko do Piwnicznej Zdroju, Krynicy czy Muszyny.

W Krynicy mogliśmy oblegać pijalnię wód  i pić hektolitry wody na nerwicę (hehehehe, żeby przetrwać rewolucję). W Piwnicznej, z uwagi na bliskość Wierchomli bywaliśmy często. Tam polowaliśmy na jedzenie, z którym bywało różnie.

Przy rynku trafiliśmy na Pensjonat “Pod Kasztanami”. Fajnie urządzona knajpka, tylko jedzenie… Pizza bez soli, na twardym cieście, pokryta serem, który nie miał nic wspólnego z mozarellą. W menu także przypalone placki po węgiersku, odgrzewane pierogi z jagodami (sporo miały w sobie wody), polędwiczki z kurczaka obtoczone bogato panierką (myśleliśmy że są bez panierki, miały być dla dzieci), makaron z sosem bolońskim tj. polany pomidorowym sosem i z mięsem mielonym.

Jedynym daniem, do którego zachęcały szwagierki był bogracz, ale to nie moja bajka. Żałowałam, że nie spytałam, co tak naprawdę jest specjalnością zakładu. Może coś było, co ich wyróżniało? Na pewno nie była to kuchnia włoska, z której pensjonat powinien zdecydowanie zrezygnować, wyrzucić z menu i zapomnieć.

Sporym plusem Kasztanów są domowe ciasta, sprzedawane również w cukierni/lodziarni na parterze. Są po prostu boskie. Brownies, orzechowe bez mąki, jagodowe, szarlotka i inne. Nawet nie zrobiliśmy zdjęcia, bo wszystko od razu pożarliśmy, wylizaliśmy talerze, wykupiliśmy wszystkie ciastka i uciekliśmy.

W Piwnicznej  odkryliśmy też Lodziarnię-kawiarnię Florencja. Oprócz dobrej kawy w ofercie pyszne ciastka i ciacha. Ale hitem są zdecydowanie lody – własnej produkcji, bez barwników, wg. receptur włoskich. No co tu dodać?

Naszym największym odkryciem był jednak Stary Sącz i Restauracja Staromiejska. Spędziliśmy tam większość dnia, próbując kolejnych dań z menu, w którym królowały dania regionalne, kuchni galicyjskiej i staropolskiej.

zupa czosnkowa z bundzem

Zupa czoskowa z bundzem

Dodatkowo to dość wesoły lokal. Personel Staromiejskiej po wręczeniu nam papierowych podkładek z obrazkiem panoramy Starego Sącza, chętnie wypożyczył nam dwa komplety kredek i temperówki. Malowaliśmy z zapałem czekając na dania. Potem urządziliśmy wystawę prac, pochlapanych rosołem i sosami.

A co zjedliśmy? Pstrąga, placki ziemniaczane z gulaszem, haluszki razowe z polędwiczkami w sosie serowym, zupę czosnkową z buncem, cebulową, rosół z ręcznie robionym makaronem, krupnik staropolski, szarlotkę, i sama nie pamiętam co. Jedzenie było pyszne, ceny przystępne, a ubaw z podkładkami i kolorowankami po pachy. Nawet dzieci dzięki temu wszystko zjadły.  Tylko stołków/fotelików do karmienia maluchów brakowało. To dalej jakiś ekskluzywny towar, który powinien być przecież standardem. 

Niestety z uwagi na brak czasu nie odwiedziliśmy Restauracji Marysieńka, którą tak wychwalają w sieci, Pizzerii Bartollini czy Pizzerii Chata. Może kiedyś tu wrócimy, bo warto.

A i zapomniałabym. Pyszne jedzenie mieliśmy obok naszej kwatery – Zajazd Wiktorowa Chata  Wierchomli Wielkiej. Byłam świadkiem tego, jak panie z Chaty ręcznie lepiły pierożki do rosołu, nadziewały mięsem, robiły obłędne pierogi z jagodami, warzyły zupy czy tłukły kotlety. Świeże, dobre, domowe  jedzenie. Wystrój nieco mniej elegancki, ale to brzuchowi nie przeszkadza. Niedługo sezon narciarski, więc warto Wiktorową Chatę odwiedzić.

I tak się rozpisałam po tym urlopie, że w końcu zabrakło mi miejsca na kilka słów o bacówkach i schroniskach. To już następnym razem.  Tymczasem, jak kto chce niech pruje w Beskid Sądecki. Jest co oglądać.

Następnym razem najpierw jednak zapoznam się z ofertą kulinarną regionu, bo z tymi knajpkami bywa różnie.  No ale jak mi nikt nie chciał doradzić gdzie iść i co zjeść?