Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Przy takim lokalu odzyskuje się wiarę w to, że ktoś jeszcze potrafi robić restaurację z klasą! Już dawno nie byłem w tak dopieszczonym do ostatniego szczegółu miejscu – od podłogi po sufit wszystko jest w sam raz. Taki wypas, że od razu przychodzi na myśl pytanie, w jakim banku dostanę kredyt, żeby mnie było stać na tutejszą kolację? Bo przecież, gdyby właściciel chciał odzyskać zainwestowaną tu kasę, to kotlet powinien kosztować tyle, co niezły telewizor. Jak się okazuje Stara Księgarnia do najtańszych nie należy, ale mimo to, ceny w menu przyjemnie zaskakują. Pozostaje mieć nadzieję, że to nie promocja na otwarcie i że tak będzie dalej. O nowym miejscu trudno napisać – działa tam efekt świeżości. Wszyscy zaiwaniają i ładnie się uśmiechają, bo jeszcze się im chce. Oby tylko nie przestało.

W tym miejscu była kiedyś całkiem fajna księgarnia. Zaglądałem tu często ze względu na olbrzymi dział ezoteryczny i byłem ciekawy, czy duch tych wszystkich Osho i Krishnamurtich tutaj pozostał. Co więcej, znikająca księgarnia zawsze budzi żal – oznacza to, że ludzie może już nie chcą czytać. Nie chcą kupować coraz to nowych książek, gładzić ich chwilę po grzbiecie, otwierać, czytać pierwsze zdanie i w końcu decydować, czy pozwoli nam przez kilka kolejnych wieczorów odlecieć w zupełnie innych świat. Właśnie ten widok: ludzi decydujących się na zakup książki uważam za najprzyjemniejszy. To dla nich warto pisać – cokolwiek powiedzą o nas wojujący literaccy krytykanci! I kiedy przychodzi ten moment, kiedy widzimy własną książkę na księgarskiej półce, zdajemy sobie sprawę, że ożywiliśmy bohaterów. Czasem na jedno pierwsze zdanie, a czasem na przeczytanie od dechy do dechy. Piękna chwila… Tym bardziej więc znikająca z rynku księgarnia budzi dylemat. Bo co przyjdzie po niej? Kolejny butik dla zniewieściałych projektantów mody? A może kolejna agencja towarzyska? Czy może biuro jakiegoś kolejnego nikomu nie potrzebnego posła? Tymczasem powstaje restauracja. Elegancka, w dobrym stylu. Z wyważoną, delikatnie szumiąca w tle jazzową muzyką. Z kelnerami, co to i o winie powiedzą i wiedzą, co w karcie warte polecenia i dlaczego? Z lśniącą posadzką, kominkiem i przyjemnymi meblami. No i wreszcie z kartą dań, która na pierwszy rzut oka wydaje się skromna, ale kiedy się zacznie próbować…

Zacząłem od wina, żeby sprawić sobie przyjemność: chilijskie carmenere, Takun Estate z 2003 (49 zł za butelkę). Przyjemnie taninowe, pełne i ładnie się otwierające. Coś, co tygrysy lubią najbardziej. I aż strach pomyśleć, że szczep tych winogron wraz z epidemią filoksery mógł odejść w zapomnienie. Cóż za starta dla enologii i mojego podniebienia! Na szczęście się uchował, wprawdzie w dalekim Chile, ale za to jak pięknie się tam rozwinął!

Potem sałaty mieszane z kompozycją grillowanych polędwiczek i z sera Halloumi (21 zł). Do tego sos winegrete w malutkim kubeczku, który natychmiast wykorzystałem do cna. No, nieźle – smakowa kompozycja polędwicy i sera jak zwykle wychodzi obu tym składnikom na dobre. Kęs mięsa i sera odpowiednio rozgrzewa podniebienie, by z chwilę ugasić tę ostrość łagodnymi warzywami. I jak tu się nie rozmarzyć? Ba, wziąłem jeszcze soczysta polędwicę wieprzową, szpikowaną pomidorami i serem camembert podawaną z ziemniakami smażonymi ze skórkami (35 zł) i od razu było wiadomo, że będzie uciecha. Trudno pewnie uwierzyć, ale miałem trudności ze zjedzeniem całej porcji, ale wieprzowina, ser i wino, to już akuratne, kulinarne wyuzdanie. Po jedzonku do stolika bezszelestnie podpłynął kelner z czymś dziwnym, jak zapowiedział, na oczyszczenie smakowych kubeczków. No proszę, a co to takiego? Sorbecik – kulka owocowego musu, z plasterkiem limonki i cytryny, zanurzona w szampanie! To był ten moment, w którym chciałem w tej restauracji zamieszkać! Na zawsze. A niech się ze mną męczą!
Księgarni mi trochę żal – ale taki mam zawód, że zawsze mi będzie żal. Z drugiej zaś strony nowa restauracja dzielnie i znakomicie rekompensuje mi to rozżalenie. Jak zwykle, witamy na rynku i mocno trzymamy kciuki, bo naprawdę jest za co. A zresztą sprawdźcie sami…

Kiedy wróciłem do domu machinalnie zajrzałem do szafy z książkami. Wziąłem kilka do ręki, zajrzałem na tył okładek i przez chwilę miałem dziwne wrażenie. Dopiero po chwili zrozumiałem: Osho i Krishnamurti uśmiechali się do mnie.

Restauracja "Stara Księgarnia", Katowice, pl. Wolności 14