Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Okazuje się, że restauratorów liczących na popularność śląskiej kuchni zaczyna przybywać. Oto właśnie powstała nowa restauracja przy trasie Mikołów – Gliwice, kryta słomą, cała z beli, z fontanną na przedzie i widzianą przeze mnie po raz pierwszy w życiu płaskorzeźbą Coca Coli. Od razu też pomyślałem sobie, że za jakieś dwa – trzy tysiące lat, kiedy po naszej nieszczęsnej cywilizacji nie pozostanie kamień na kamieniu, jakiś Dänniken z przyszłości znajdzie ten kamień i nabierze przekonania, że byliśmy bardzo wierzącym społeczeństwem, które wielbiło swoje bóstwo z sił całych, ryjąc imię jego w kamieniach. To imię, to Coca Cola oczywiście!

Rajcula, bo tak nazywa się nowy przybytek, w środku wygląda jak wszystkie chłopskie chaty, karczmy i Chłopskie Jadła razem wzięte, czyli nic odkrywczego: potężne ławy, dzbanki, wiechcie i czego byśmy tam sobie jeszcze rustykalnego nie nawyobrażali. Oczywiście serwują kuchnię śląską i staropolską i to ich od pozostałych wiejsko – góralskich chałup zdecydowanie wyróżnia. Po otwarciu menu nie miałem wątpliwości od czego zacząć – najpierw śląski galert z octem i cebulką (8 zł), które to danie za granicą nazywane jest zimnymi nóżkami. Prawdę powiedziawszy długo się musiałem przekonywać do tego rarytasu, bo w dzieciństwie jakoś mi nie podchodziło. A wszystko przez znalezioną raz w galercie chrząstkę jakąś. Od tej pory jedyny przyswajalny galert to taki, który żadnych chrząstek i innych takich nie zawiera. Ten Rajculowy był w sam raz – mięciutki, zimny i dosyć spory. Lu go octem i… no, życie zaczyna chyba jednak nabierać rumieńców. Potem kartoflanka z kurkami (7 zł) – duża, obfita i naprawdę smaczna. W końcu przyszedł czas na danie właściwe, czyli chodzącą za mną od dłuższego czasu wątróbkę z cebulką (10 zł). Tutaj w wersji po staropolsku z jabłkiem, cebulą i na śmietanie. Do tego prażuchy (4 zł), czyli kartofle sztancowane z boczkiem, słoniną, kwasem z kapusty i mąką kartoflaną oraz buraczki Mikołaja Reja (4 zł), czyli kawałki buraków na kwaśno i do tego z miodem. Wątróbka i owszem niczego sobie, ale ten sos utworzony ze śmietany i zeszklonej cebuli jakiś taki… no, nie podszedł mi i tyle – zrobiła się niego szarobura bryja i już po chwili wybierałem wątróbkę ostrożnie, co by tylko z sosu otrzepać i w nim jej nie utytłać. Za to prażuchy idealne, plus całkiem przyzwoite buraczki, choć jak się okazuje tak odważnych smaków nie jestem jednak zwolennikiem.

No cóż, popiłem piwem (0,5 L za 5 zł) i spostrzegłem, że mój, już nie tak wcale obwisły brzuch, nadął się niebywale. Tak to już jest, że po kulinarnym szaleństwie trzeba będzie wrócić do kapuścianej zupki i arbuza na kolację. Ale z drugiej strony tak mało mamy frajdy w życiu – same tylko komisje w telewizorze, w gazetach problemy jakichś tam Mandaryn, a i pogoda nie najciekawsza. No to co nam pozostało, jak nie nażreć się porządnie od czasu do czasu? Nawiasem mówiąc, czy te wszystkie pokolenia, które zasiedlą kiedyś naszą planetę po tym, jak wreszcie damy jej trochę od siebie odpocząć, zdolne będą uwierzyć, że wiek dwudziesty pierwszy spędziliśmy na wojnach, katastrofach i odchudzaniu? Czy podobnie jak my, będą się gapić na kolorowe rysunki latających indyjskich świątyń i z całą pewnością twierdzić, że żadne tam Hindusy przed nami nie mogły być tak technicznie rozwinięte, żeby sobie ozdabianymi w klejnoty pojazdami w powietrzu fruwać? To tak, jak w słynnym „Śpiochu” Woody Allena, w którym jedynymi przedmiotami ocalałymi po trzeciej wojnie światowej i będącymi jednocześnie świadectwem życia wcześniejszej cywilizacji będzie zdjęcie z playboya, portret Stalina i fragment meczu bokserskiego. Pozostaje się tylko modlić, żeby w naszym przypadku nie było to zdjęcie gołej i lekko już zmarszczonej Katarzyny Skrzyneckiej, portret beżowego Jędrusia i fragment jakiejkolwiek walki Andrzeja Gołoty!

Nowej knajpie na nowej drodze życia trzeba życzyć wszystkiego najlepszego, bo fajnie że przybywa nam kolejne miejsce, gdzie można dużo, nie najdrożej (i miejmy nadzieję coraz lepiej) zjeść. A sobie życzmy, żeby następnej cywilizacji po nas nie zostały tylko i tak nie nasze piramidy i Sfinks i najzupełniej nasze logo Coca Coli wyryte w kamieniu.

Restauracja "Rajcula", Paniówki, ul. Gliwicka 2d