Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Byłem w tej restauracji ponad cztery i pół roku temu. Podobało mi się. Od tego czasu nasłuchałem się o niej niestworzonych rzeczy. Jeden znajomy mi mówił, że „palma” im odbiła i ceny wywindowali pod niebiosa, inny, że w ogóle klientem się nie przejmują, a jeszcze ktoś inny, że żarcie już nie takie. Coś mi się jednak widzi, że nawet najlepszym znajomym nie ma co wierzyć. Knajpa jest jaka była – nie najdroższa, klientów chyba lubi i do tego robi wciąż najlepsze żeberka na świecie! A tak się złożyło, że miałem się spotkać z dawnym znajomym z zagranicy, czyli z Warszawy, więc postanowiłem mu te żeberka zaprezentować w charakterze promocji Śląska.

Rzecz to dziwna, ale wyobrażenie Śląska, a i samych Katowic u osób, które tu były raz, ale dawno, albo wcale, jest naprawdę rozbrajające. Są zdziwieni każdym drzewem, tak jakby wszystkie encyklopedie i przewodniki podawały, że nasze urocze miasto to sam bruk, asfalt i kopalniane kominy. Tymczasem 47% powierzchni miasta stanowią tereny zielone. Podobnie jest też z bazą restauracyjną. Gdzie zatem leży feler? No właśnie w tym, że ta wiedza nie wychodzi już poza Katowice i dlatego właśnie mieszkańcy Wrocławia, Poznania czy Łodzi, którzy wybierają się tu z jakichś powodów najpierw robią sondę wśród znajomych, czy można tu coś zjeść, czy też na cały pobyt należy się zaopatrzyć w kanapki i termos z herbatą. Wyobrażenie wiec się potęguję, bo ci kolejni znajomi, albo sami nie mają o tym pojęcia, albo też słyszeli piąte przez dziesiąte i wygadują bzdury, w efekcie czego potencjalny turysta nie wie, czy czasem nie powinien dodatkowo zaopatrzyć się w maskę tlenową. Lepsze numery są wtedy, kiedy liczy na śląską kuchnię. I co? I musi się nieźle naszukać, ponieważ w naszych restauracjach akurat wszystkie kuchnie świata mamy w nadmiarze, za wyjątkiem śląskiej. Oczywiście restauracje serwują roladę z kluskami i modrą kapustą, ale do prawdziwej śląskiej kuchni z jej całkiem bogatą ofertą jeszcze daleka droga. Stąd właśnie wybór Podkowy na przyjazd znajomego, żeby mu tą śląskością w warszawskie oczęta zaświecić.

Zeszliśmy zatem po schodkach, gdzie dziergane obrusy na stołach leżą, śląskie stroje dumnie na ścianie wiszą, a i barek całkiem przyjemnie wyposażony. Na początek Trivento (100 ml za 7 zł) – czerwone, wytrawne, argentyńskie winko podbijające ostatnio nasze serca. Można je bowiem dostać w katowickiej Elei za 18,9 zł, do tego odznacza się naprawdę znakomitym stosunkiem jaskości do ceny! Potem wziąłem się za żeberka w kapuście (25 zł) w wersji bez ziemniaków, ale za to z surówkami (6 zł), które to danie właśnie w Podkowie uchodzi za kultowe. I muszę powiedzieć, że wciąż na to miano zasługuje. Żeberka są delikatne, chciało by się powiedzieć puszyste – odchodzą od kości po lekkim naciśnięciu widelca i komponują się z kapustą naprawdę znakomicie. Tak oto danie, wydawało by się plebejskie, urosło do rangi niemalże wykwintnej, skoro popijałem je czerwonym winem i fantastycznie to pasowało. Wprawdzie, po żeberkach zebrało mi się na krótką podróż w przeszłość, w której zobaczyłem, opisywane dzisiaj tylko w książkach, sposoby na przyrządzanie kapusty do żeberek: wyściełanie dna beczki liśćmi, potem wsypanie tam szatkowanej kapusty i włożenie dziadka. Nie do orzechów, ale prawdziwego, który deptał kapustę na chwałę przyszłych żeberek. Jakiegoż to wymagało uwielbienia dla nestora rodu i zaufania do higieny dziadkowych stóp!

Natomiast mój warszawski znajomy… zamówił sobie lodowy deser. Żadnych żeberek, żadnej śląskości – deser tylko, z bitą śmietaną. I jak miałem mu ten cały Śląsk opowiedzieć, jak miałem go do tych 47% zieleni przekonać, jak powiedzieć, że wiszący na ścianie śląski czepek spoczywał onegdaj na najważniejszej głowie w śląskiej rodzinie, no jak? Eh, ci zagraniczni turyści…

Restauracja "Podkowa", ul. Kościuszki 41, Katowice.