Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Wyobraźcie sobie takie oto zadanie: macie możliwość skorzystania z wehikułu czasu, ale pod dwoma warunkami: pierwszy, to konieczność powrotu tylko i wyłącznie do początku lat 60. ubiegłego wieku, drugi, to uczynienie swojego nazwiska tak znanym, by po pięćdziesięciu latach (czyli teraz) nazwisko to było wymieniane z atencją przez twórców teatru na całym świecie, a także takich tuzów aktorstwa, jak Al Pacino czy Keneth Branagh! Aha – jest jeszcze jedno utrudnienie – to wszystko musicie wykombinować, mieszkając w Opolu!

Ale zacznijmy z innej beczki: jest poniedziałkowy, wczesny wieczór, a ja przemierzam opolski rynek w poszukiwaniu restauracji „Wirtualna“, w której umówiłem się tzw. interesach. Wybrałem ją, bo zaintrygowała mnie nazwa. Sugerowała, że restauracji nie ma, bo być nie może… skoro wirtualna. A ja, durny, zrozumiałem to dopiero po dwukrotnym okrążeniu rynku. Oczywiście, że już jej nie ma – mimo, iż większość restauracyjnych spisów internetowych dumnie utrzymuje, że jest. Na jej miejscu jest teraz coś, co się nazywa Rynek 2, ale za to sto metrów dalej jest lokal o nazwie „Maska“.

Podzielony na trzy części – pubową, restauracyjną i bar. Zasiadłem w tej środkowej, w nadziei na szybkie odkrycie korelacji nazwy „Maska“ z jakimś teatralnym czymś. Miast tego „czegoś‘ zobaczyłem całkiem zgrabnie urządzone wnętrze z prymitywnym malarstwem na ścianach i całym mnóstwem bibelotów na pozawieszanych wszędzie półeczkach. Królują tu oczywiście książki i dzbanuszki wszelkiego autoramentu oraz powalające na kolana obrazy przedstawiające jelenie na rykowisku. Kicz, że trudno uwierzyć. Więc pod ten kicz postanowiłem dokonać stosownego zamówienia: na początek filiżanka barszczu (4 zł) co jest zawsze dobrym miernikiem. Jak barszczyk z paczki, to szkoda w ogóle marnować miejsce w żołądku. Jak prawdziwy, na tak zwanym miejscu robiony, to może i wyprawa warta była tego, by krążyć wokół opolskiego rynku w ponad godzinnym poszukiwaniu parkingu. Tutaj mam mieszane uczucia, bo barszczyk zalatywał paczką, ale tą lepszego gatunku. No cóż – w takich okolicznościach przyrody trzeba sięgnąć z impetem w głąb, by sobie wyrobić wreszcie jakąś opinię. Zamówiłem więc skrzydełka na ostro z dipem i bawarskimi grzankami (8 zł). Były przyjemne, nie powiem, ale ufajdały mnie tak dokumentnie, że mógłbym robić za reklamę podręcznika: „Jak nie jeść w restauracji“.

Najwyższa pora na jakiś konkret – pomyślałem, wlepiając gały w jelenie na rykowisku. Zatem dziczyzna Drodzy Państwo, no bo cóż miałem uczynić innego. Zamówiłem pieczeń z dzika w sosie własnym z kluskami i czerwoną kapustą (23,5 zł). Sos okazał się w wersji light – jego „własność“ rozkładała się w tym wypadku na jakiś 60% udział Knorra czy innych Winiarów, 20% sosu własnego plus 20% wiary w powodzenie całego przedsięwzięcia. Za to kluski były wyśmienite, dziczyzna twardawa, jak to na zbuntowanego dzika przystało i kapusta w ilości słusznie wielkiej. Razem całkiem niezłe danie, za którego cenę nie powinniśmy dłużej marudzić.

I to by było na tyle, gdyby nie drobny fakt. Otóż wychodząc z „Maski“ zobaczyłem mosiężną tablicę informującą, że to właśnie tutaj stawiał pierwsze kroki Jerzy Grotowski ze swoim teatrem 13 Rzędów. I to wystarczy, by nagle „Maska“ stała się kultowa. Bo jeśli gdziekolwiek na świecie ktoś coś poruszył w teatrze, to właśnie tutaj.
Dzisiejsi teatrolodzy wzdychają, mówiąc „Eugenio Barba“. Kiedyś, dawno, dawno temu Eugenio Barba wzdychał, wypowiadając nazwisko Grotowski, zawsze z dodatkiem „mistrz“. To bardzo wiele…
A teraz zróbcie to początkowe ćwiczenie w wyobraźni po raz wtóry. Wsiadacie w wehikuł czasu, lądujecie w roku 1959 i macie sprawić, żeby w pięćdziesiąt lat później Al Pacino wymawiał bezbłednie wasze nazwisko… Powodzenia!

Restauracja „Maska”, Opole, Rynek 2