Autorem wpisu jest: Anna Kierzek

Poniedziałek, drugi dzień Świąt Wielkanocnych kojarzy się niezmiennie z pełnym brzuchem i wielkim laniem wody. Zastępy półmisków, niezliczone ilości jaj, skąpanych w sosie tataskim, pęta białej kiełbasy, żurek zabielany śmietaną, serniki, mazurki i baby – to wszystko, co cieszyło oko i podniebienie, sprawiło, że koniecznie trzeba było popuszczać pasa. Na szczęście, Lany Poniedziałek to okazja do spalenia kalorii – jedni bowiem uciekają, a drudzy ich gonią… Bo zgodnie ze zwyczajem staropolskim, obchodzonym od setek lat, polewanie wodą – czyli wielka oblewanka spod znaku św. Lelka (jak ją żartobliwie nazywano) to nieodłączny element drugiego dnia Świąt.

Historia
Pierwsze wzmianki o Dyngusie pojawiają się w zapiskach z XV w., kiedy to kościół zakazywał „zwyczaju pogańskiego, co się zwie dyngus”. Dyngus i dyngowanie – od niemieckiego dingen- wykupywać, oznaczające polewanie wodą połączone z wypraszaniem datków w tamtych czasach było uważane za grzech śmiertelny! A uchwała synodu diecezji poznańskiej tak brzmiała: „zabraniajcie, aby w drugie i trzecie święto wielkanocne mężczyźni kobiet, a kobiety mężczyzn, nie ważyli się napastować o jaja i inne podarki, co pospolicie nazywa się dyngować, ani do wody ciągnąć”.

Po staropolsku
Noc z niedzieli na poniedziałek bywała czasem szaleńczych zabaw i psot; młodzież prześcigała się w wymyślaniu żartów – wypuszczano bydło z obór i wpędzano je w zagony, mazano sąsiadom szyby sadzą czy też smołą, wieszano na drzewach narzędzia rolnicze, a niejeden chłop swój wóz drabiniasty znajdował rano na dachu stodoły. Dziewczynom, które nie wyszły za mąż, podrzucano kukły ze szmat i słomy – „dziady” – na pośmiewisko i drwiny. Pomysłowość młodych ludzi nie miała umiaru…

Wczesnym rankiem zaś, gospodarze wychodzili w pole, by poświęcić je wodą święconą, odmówić modlitwy i wbić w skiby krzyżyki wykonane z palm – dla ochrony upraw przed gradem i dla pomyślności wszelkich prac polowych. Po zakończeniu tych obrzędów, rozpalało się ogień na polu i smażyło jajecznicę i zjadało resztki święconego. Obecni na polach sąsiedzi zapraszali się na pogawędkę i kieliszek wódki. Obecni zaś pomocnicy i parobcy gospodarzy oraz ich synowie po zakończeniu święcenia pól czym prędzej rozglądali się za wiadrami, konewkami i garnkami, aby jak najwcześniej rozpocząć oblewanie młodych dziewcząt; te najbardziej urodziwe w tym dniu nie wysychały.

Na Kujawach
Dyngus zaczynał się tzw. przywołankami dyngusowymi, które odbywały się już w Niedzielę Wielkanocną po południu, a organizowane przez Stowarzyszenie Klubu Kawalerskiego. O zmierzchu komitet ruszał przez wieś, aż do głównego placu i tam na specjalnie do tego ustawionej trybunie, albo na dachy karczmy (lub też z wysokiego drzewa) zaczynały się wierszowane wyliczanki: ile wody na jaką pannę się wyleje i czy będzie ktoś, kto ją od tego lania wykupi – czyli ubiegający się o jej względy kawaler. Cała wieś o zmierzchu wysłuchiwała z zainteresowaniem tych wierszyków. Jeden z nich pochodzi z Inowrocławia: Jest tam piękna panienuchna
Nazywa się Martuchna
Co na nią trza gar wody
A dla jej urody ręcznik haftowany
Złotem przetykany
Niech śpi spokojnie, niech się nie boi
Bo za nią Wacek K. Stoi
Ten ją wykupi.
Chłopiec zainteresowany „przywołaną” dziewczyną stawiał kolejkę wódki komitetowi i płacił muzykantom, a na drugi dzień sam udawał się do dziewczyny i polewał ją wodą „komitecką” i pilnował, aby w dyngus już nikt jej nie niepokoił.

W Małopolsce
W okolicach Limanowej w Lany Poniedziałek po wsi chodzili przebierańcy zwani Śmigurtami, Śmigurciarzami Dziadami Śmigustnymi, Gwiżdżami, Ukacami lub Słomiakami. – ich ubiory zawierały bowiem zawsze jakiś element słomiany – czy to czapkę czy powrósła. Obchodzili w milczeniu domy, na migi prosili o datki. Zgodnie z legendą mieli przedstawić żydowskich wysłanników, którzy nie chcieli uwierzyć w Zmartwychwstanie. Zbierali w swoje sakwy jajka, słodkie wypieki i szli dalej. Zaś w okolicach Mielca Śmigurty chodząc po domach, wygłaszali wierszowane życzenia i polewali gospodarzy wodą. Nie odeszli, nim nie otrzymali datków.

Kraków
Tutaj mieszkańcy w Poniedziałek Wielkanocny odwiedzali tłumnie Emaus – kiermasz świąteczny (nazwa wzięła się z biblijnego miasteczka Emaus), gdzie stoły uginały się pod ciężarem słodkich wypieków, odpustowych ciast i pierników. Można było tam nabyć chlebki świętojańskie, słodkie makagigi, daktyle, „ panieńską skórkę”; mnóstwo było zabawek, trąbek, glinianych kogucików i rozmaitych błyskotek. Ale najważniejsze były tzw. figurki emausowe – przedstawiające kiwającego się Żyda w tradycyjnym stroju.

Kurek Dyngusowy
To obyczaj rodem z centralnej Polski, ale spotykany był także w okolicach Łowicza, Sieradza, Łęczycy, w okolicach Kalisza czy na Śląsku. Tam, zgodnie z obyczajem, nieodzownym elementem obchodów Lanego Poniedziałku był żywy, dorodny kogut. Kogut, jak wiadomo, to symbol urody, męskości, sił witalnych i płodności, poza tym, swoim głośnym pianiem obwieszcza zmiany pogody.
Kurek dyngusowy był pozostałością archaicznych obrządków, a zwyczaj był praktykowany jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym. Pięknego, dorodnego koguta karmiono kilka dni wcześniej ziarnem moczonym w spirytusie, dzięki czemu kogut był spokojny, nie wyrywał się, ale za to głośno i donośnie piał…

A dzisiaj?
Są regiony, gdzie nadal pielęgnuje się stare zwyczaje. Wielkie miasta jednak zatracają folklor i urodę tradycji staropolskich. Od rana na ulicach pojawiają się zastępy młodych chłopców zaopatrzonych w wiaderka i butelki z wodą. Nie polewają swoich panien, ale wszystkie osoby, jakie staną im na drodze. Mężowie swoim żonom już pewnie także zgotowali mokre powitanie poranka. Jeżeli wszystko to jest w granicach zdrowego rozsądku, nie obrażajmy się. Bo zgodnie ze staropolskim zwyczajem, osoba nie polana w Poniedziałek Wielkanocny, była obiektem kpin i drwin, a tego nikt nie lubi. Poza tym, odrobina ruchu i zabawy dobrze zrobi, zanim ponownie zasiądziemy do bogato zastawionych stołów.