Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Nie ma to jak siła przyzwyczajenia… Okazało się, że są tacy, którzy przyzwyczaili się do czytania recenzji kulinarnych w Co Jest Grane katowickiej Gazety Wyborczej.  Radość podwójna – raz, że miło usłyszeć… coś miłego i to szczególnie o sobie. Dwa to to, że przecież i ja się przyzwyczaiłem… Więc, przy pełnym szacunku do potrzeby piątkowej lektury, jedziemy "z tym koksem" dalej…

Ale zacznijmy od początku: rubryka Menu w swoich zamierzeniach miała polecać restauracje! Podkreślam tu słowo "polecać", ponieważ jest ono kluczowe. Rozjaśnia też wiele wątpliwości, które do mnie docierały i których autorzy zastanawiali się czemu tak często chwalę restauracje, a tak rzadko je ganię. To proste: trudno ganić coś, co się poleca! Zawsze też według takiego właśnie klucza starałem się dobierać opisywane lokale – miały to być miejsca godne szczególnej uwagi. Czasem jednak – mimo zachwytów moich przeróżnych znajomych, bliższych lub dalszych, trafiłem do lokalu i eh… szkoda gadać. Zazwyczaj wychodziłem natychmiast, bywało jednak, że czas naglił, tekst musiał pójść do redakcji jeszcze tego samego dnia, nie było specjalnej alternatywy – w lokalu takim ze smutkiem zostawałem. I oczywiście odbijało się to w tekstach, ale z drugiej strony trudno przecież zrozumieć dziury w obrusach, czy zupę o konsystencji wody wykręconej z brudnej ściery! Na szczęście rzadkie to były przypadki. Nigdy też nie zdarzyło mi się, bym się kierował jakąkolwiek formą reklamy zawartej w Gazecie przez restauratora – na szczęście nie musiałem tego robić, bo naczalstwo Wyborczej o to akurat bardzo dbało. Cóż by to był za obiektywizm, gdybym o kimś pisał dobrze tylko dlatego, że obok tekstu widnieje czyjaś reklama? Tu zresztą również tak będzie. Wortal oczywiście, żeby nie było niedomówień, jest przedsięwzięciem komercyjnym, ale nie przeszkadza mi to w żaden sposób mieć własne zdanie na temat jakiejkolwiek restauracji. Zresztą w Wyborczej się to znakomicie udawało, dlaczegóż nie miałoby i tutaj?

Pamiętam kiedyś telefon od pewnego restauratora, który zadzwonił, by mnie przeprosić. Zrobiłem wielkie oczy, bo byłem raczej przyzwyczajony do zupełnie innych telefonów w kwestii moich tekstów. Gość jednak dzwoni i mówi, że co piątek wchodząc do swej restauracji i widząc jak obsługa czyta moją recenzję komentował to złośliwie: "A któż to dzisiaj Gibasowi zapłacił?" dając kelnerom i kucharzom do zrozumienia, że cykl Pełną Gębą jest swego rodzaju cyklem artykułów sponsorowanych. Po kilku tygodniach przeczytał tekst o własnej restauracji – nie wszystko mi się podobało, ale wydźwięk całości był w sumie pozytywny – i oczywiście natychmiast mu się dostało od własnych pracowników. „No, to ile ten Gibas szefa kosztował?” – zapytali mrugając znacząco okiem. Cóż miał odpowiedzieć: chwycił za słuchawkę i zadzwonił do redakcji z prośbą o mój numer.
Powyższy przykład kazał mi się wtedy zastanowić, czy rzeczywiście tak nie jest, że moje teksty uważane są za zbyt pochlebne. Jednak kilka kolejnych tygodni przyniosło jak zwykle kilka kolejnych telefonów, z których epitety pod moim kierunkiem skromnie przemilczę. Powiem tylko, że kilku restauratorów groziło mi sądem, a do kilku lokali do dziś „nie mam wjazdu”, o czym odpowiedni życzliwi usłużnie mnie poinformowali.

No cóż, ryzyko zawodowe – sztućcami się wojuje, więc od sztućców się ginie. Z drugiej zaś strony – co zresztą lubię pamiętać najbardziej – dochodziły mnie wielce życzliwe głosy, z których wynikało, że przyjęta przeze mnie konwencja zabawy literaturą, atmosferą bardziej niźli kuchnią, odbierana była jako strzał w dziesiątkę. W końcu nie można bardziej zanudzić czytelnika, niż rozebrać sałatkę na czynniki pierwsze poświęcając tej czynności kilkanaście zdań. Poza tym restauracja to nie tylko to, co na talerzu – to również, a może przede wszystkim to, co wokół: atmosfera, wystrój, obsługa, muzyka. Coś, co w sumie trudno uchwycić i co sprawia, że do danej restauracji mamy ochotę wrócić, opowiadamy o niej znajomym. Fajnie też, kiedy mamy o jednej restauracji wielce odmienne zdanie. Świadczy to przecież o tym, że będąc w niej uchwyciliśmy pewien moment, swoisty okruch dnia – jedyny i niepowtarzalny, wynikający również z naszego własnego nastroju. Ktoś inny przyjdzie dwie godziny, a może dwa dni po nas i bęc. Czar pryska, bo siedząca obok przy stoliku matrona zbyt głośno szpanuje przed znajomymi, że w nie takich knajpach jadała. Sami wtedy do końca nie wiemy, co zepsuło nam nastrój, ale wychodzimy z restauracji ze skwaszoną miną. Oto, jak niewiele trzeba, by popsuć wrażenie i jak wiele pozytywnej energii musi się skupić w jednym miejscu w jednej chwili, by wprawić nas w zachwyt. Zachwycanie się rzeczywistością to zresztą trudna sztuka, której arkany buddyści i inni mistycy starają się posiąść od setek lat.

Pewien znany antropolog powiedział kiedyś, iż po porannym przebudzeniu pierwszym uczuciem które go nachodzi jest właśnie zachwyt. Nad wszystkim, co go otacza. To wspaniałe uczucie, które, jeśli się już raz przytrafiło, warto w sobie pielęgnować. A restauracje… Hm… wydają się stworzone, by nimi się zachwycać!