Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Ostał nam się relikt minionej epoki: restauracja, w której menu pod hasłem „słodycze” znajdujemy takie pozycje, jak guma do żucia i tic tac'i. W której odnajdziemy kelnerów „na garniturowo” z gracją zapalających ikeowskie świeczki na stolikach i nieodmienną od lat beznadziejną kuchnię. A mimo to trwa! W samym centrum miasta, ku chwale dancingów i obracających się majestatycznie lusterkowych kul. I w końcu ku chwale nieśmiertelnej Sophii – niestety nie „mądrości”, ale obrzydliwemu trunkowi, który tyle ma wspólnego z winem, co katowicka restauracja Europa z.. Europą!

Jak jednak wytłumaczyć fakt, że ponad stuletnia Europa wciąż istnieje? Jak zrozumieć, że wciąż przychodzą tam ludzie, a znajdują się i tacy, którzy (co miało miejsce w trakcie mojej tam wizyty) robią sobie w tym lokalu pamiątkowe zdjęcia? Coś w tym musi być. Coś absolutnie niebywałego.
Zacząłem od zamówienia wina. W karcie, na pierwszej pozycji Sophia – trunek dla wybitnie pozbawionych smaku, a zaraz potem Grzaniec Galicyjski. Domyślam się, że na gorąco, mimo iż w karcie to nie było zaznaczone. Na samym końcu zaś „Nowy Świat” jako jedna pozycja. No to pytam panią kelnerkę o ten „Nowy Świat”. – No wie pan – odpowiada grzecznie – chilijskie, hiszpańskie i francuskie”. Też mi nowy świat! Szczególnie ta Hiszpania i Francja! No dobra, a chilijskie to jakie? „No, wytrawne” – odpowiada uroczo. – No tak, ale jakie? – dopytuję dociekliwie i tutaj pojawia się kelnerska zmarszczka czołowa świadcząca o chwilowym zwarciu szarych komórek. -Hm… – zastanawia się pani kelnerka – bo na przykład te francuskie, to Cabernet Sauvignon!” O ja cię – już mi wystarczy. Zamawiam chilijskie nie-wiadomo-jakie, które zostaje mi dostarczone w kieliszku odrobinę większym od koniakówki.

Zagłębiam się w kartę i wśród niezliczonej ilości odmian barszczu wybieram wodzionkę (2,4 zł). Czemu wodzionkę? No jak to? Być w Europie i wodzionki nie popróbować? Szczególnie takiej, w której pływające kawałki czosnku wielkością przypominają czołgi Armii Czerwonej? Taka zupka to przecież może być nasz wspaniały wkład w kulturę europejską – zupa z niczego. W sam raz na chwile, w których Europa nas z torbami puści. W końcu odnajduję też flagowe Danie Europa (24 zł). Myliłby się jednak ten, kto spodziewa się tutaj jakiegoś nie wiadomo czego. Flagowy okręt Europy jest dziwnie przewidywalny: trzy rodzaje mięs z grilla na grzance. Nie dość tego, dwa z rodzajów mięs nadają się do jedzenia, trzecie niestety nie. Pochodzenie kotleta tego trudno było rozpoznać – trochę przypominał mięso kangura. Podobnie był twardy i żylasty. Powiedziałbym nawet, że mogło to być połączenie kangura z kauczukiem – obie te rzeczy wydają się równie skoczne i rozciągliwe. Wprawdzie mięso po talerzu nie poruszało się o własnych siłach, ale spokojnie można by je wykorzystywać do łatania przebitych dętek. Zastanawiałem się również, czy pocięte na wąskie paski nie mogłoby być wykorzystane na gumę do procy – tak przecież pożytecznego narzędzia do strzelania w okna pokoju nauczycielskiego, co zapamiętałem z dzieciństwa.

Rozumiem też teraz, że w Europie się dancingi reklamuje. Jak człowiek zje coś takiego, to zamarcie w bezruchu grozi tragedią. Trzeba się dobrze napocić, żeby danie Europy z człowieka wyparowało. W ogóle w Europie jest fajnie – przy szatni zainstalował się kantor wymiany walut, więc wchodząc do restauracji trzeba się przedrzeć przez kolejkę oczekujących na wymianę pieniędzy. Kiedy wchodziłem ludzie ci dziwnie mi się przyglądali. Najpierw myślałem, że gdzieś brudny jestem, albo, że wybrałem się na przechadzkę bez garderoby, ale dopiero po wizycie w Europie pokojarzyłem, o co im mogło chodzić. Zdziwieni byli mianowicie tym, że wciąż znajdują się desperaci przekraczający próg tego lokalu. No chyba, że idzie się tam po to, żeby poczuć powiew stuletniej historii. Niestety, pamiętać należy o tym, że historia, jak to historia, nie zawsze jest chwalebna.

Restauracja "Cafe Europa", Katowice, ul. Mickiewicza 8