Autorem wpisu jest: Dorota Mrówka

Czy akcja niemal całego filmu może rozgrywać się kuchni, a przy tym opowiadać nie o gotowaniu, ale o życiu, samotności, przyjaźni i łamaniu krępujących nas zasad? Okazuje się, że może. I to z powodzeniem, o czym świadczy film skandynawskiego reżysera Benta Hamera. W mroźnej scenerii norweskiej zimy, w małym pomieszczeniu, niemal bez słów rozgrywa się historia ludzi i pewnego badania naukowego.

Na początku lat 50., szwedzki Instytut Badań Domowych, który prowadzi studia nad kuchnią, jako miejscem pracy, po sukcesach w kraju, postanawia rozszerzyć swoją działalność. Po wielomiesięcznych obserwacjach szwedzkich gospodyń, Instytut mógł opracować system wystroju kuchni oraz rozmieszczenia sprzętów w taki sposób, by maksymalnie podnieść efektywność i komfort pracy. Dzięki temu, na przykład, szwedzkie gospodynie nie muszą już chodząc po swoich kuchniach pokonywać w ciągu roku dystansu równego odległości Szwecja-Kongo, bo odległość ta zmniejszyła się znacznie i teraz panie mają do pokonania najwyżej trasę do południowych Włoch.
Co ciekawe, pomysł na kuchenne badania nie wziął się z niczego. Reżyser zaczerpnął go z książki „My i nasze domy”, opisującej działalność rzeczywistego Instytutu, który w latach 50. XX wieku przeprowadził wiele tego typu eksperymentów.

Film idzie jednak dalej. Tym razem, w środku mroźnej zimy, tuż przed świętami Bożego Narodzenia grupa szwedzkich obserwatorów jedzie do Norwegi, by tam badać zwyczaje kuchenne samotnych mężczyzn. Sznur samochodów z małymi przyczepami ciągnie więc przez granicę, by zatrzymać się w niewielkiej miejscowości, gdzieś na zasypanej śniegiem rubieży. Pracownicy instytutu zasiądą w wysokich krzesłach w kuchniach swoich gospodarzy z notesami i ołówkami w ręku, by robić notatki, wykresy oraz rysunki. Nie wolno im angażować się w życie obserwowanych, ani nawet z nimi rozmawiać.

Jednym z obserwatorów jest poważny i sumienny Folke, któremu przypada w udziale niezbyt towarzyski i mało uprzejmy Isak, samotnik żyjący na odludziu. Isak nie jest zachwycony nową sytuacją, tym bardziej, że zgodził się na badania tylko dlatego, że każdemu z uczestników obiecano konia. Jak się potem okazało – nie żywego rumaka, ale drewnianą zabawkę. Isak ma poza tym poważne zmartwienie – jego koń, jedyna chyba istota, którą darzy ciepłym uczuciem, poważnie choruje. Mężczyzna więc nie ma ochoty na towarzystwo obcego faceta, który śledzi i zapisuje każdy jego ruch. Na znak protestu Isak przestaje korzystać z kuchni. Zjada tam czasami kawałek chleba, pali fajkę, pije kawę, ale gotuje w sypialni na piętrze. Co więcej – wywierca dziurę w podłodze i zaczyna obserwować swojego gościa. W zasadzie ani Folke, ani tym bardzie w wizowe, nie dowiedzą się z „Historii kuchennych”, jak radzą sobie z gotowaniem Norwedzy, co jedzą, czy piją. Ale nie o to w filmie chodzi. To przede wszystkim zabarwiona smutną refleksją komedia, łagodna satyra na pęd świata ku unifikacji i technicyzacji, a także delikatny żart z narodowych różnic i wynikających z tego nieporozumień. Reżyser zestawia ze sobą całkowicie odmienne postaci – uporządkowanego, starannego Szweda i zupełnie nie przejmującego się zasadami Norwega: dwa światy, dwie sprzeczne mentalności i… jedna wielka, męska przyjaźń.

A wszystko opowiedziane niezwykle oszczędnie, niemal bez dialogów, przy pomocy pięknych, ale utrzymanych w chłodnej tonacji obrazów. Akcja toczy się powoli, jakby od niechcenia, a jednak trzyma widza w skupieniu, daje do myślenia, a przy tym pozwala delektować się inteligentnym i nie nachalnym dowcipem.

„Historie kuchenne”, Szwecja, Norwegia, 2003, reżyseria: Bent Hamer, scenariusz: Jörgen Bergmark , Bent Hamer, muzyka: Hans Mathisen, scenografia: Billy Johansson, kostiumy: Karen Fabritius Gram, występują: Joachim Calmeyer, Tomas Norström, Bjorn Floberg, Reine Brynolfsson, Sverre Anker Ousdal, Leif Andrée, Gard B. Eidsvold i inni.