Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Korespondencja własna z Egeru

Co robi miłośnik wina, który chce skosztować tego napoju więcej niż zwykle? Jedzie do winnicy! Na naszą wycieczkę czekały aż cztery egerskie winnice. Do tego wymarzona pogoda, historia Węgier, ciekawe miejsca, urokliwe krajobrazy, no i przetwory z winogron. Mówi się, że najciekawsze jest to, czego nie widać. W Egerze, regionie znanych węgierskich winnic, powiedzenie to całkowicie się potwierdziło. Przynajmniej dla nas – turystycznych enologów. „Nie schodźmy głębiej, płyńmy wierzchem” – radził tegoroczny maturzysta. My na szczęście mieliśmy inne plany. Trudno to sobie wyobrazić, ale podziemne korytarze ciągnące się pod Egerem mają łącznie ok. 130 kilometrów. Sprzyja temu nietrudna do drążenia tufowa skała. Miejscowe wina mają więc kapitalne warunki do leżakowania: stała temperatura 12-13 st.C i odpowiednia wilgotność przez cały rok.

Nasza podróż rozpoczęła się w Katowicach, w czwartek, w samo południe. Po drodze, w Krakowie, zabieramy resztę: Krakusów i Poznaniaków. Wszyscy to klubowicze Domu Wina. Dwudziestomiejscowy mercedes przyjmuje azymut – na południe. Pierwsza degustacja – Riesling znad Balatonu, z winnic hrabiego Szeremleya, już w autokarze wprowadza nas w węgierski klimat. Ciekawie ocenia się kolor, gdy z drugiej strony kieliszka przesuwają się słoneczne, podhalańskie krajobrazy. Granica. Niektórzy pokazują dowody osobiste – jakie to proste. Słowacja wita nas wstrząsającym obrazem – dziesiątki hektarów powyrywanych drzew. Jesienna wichura zrobiła gigantyczne spustoszenie. Zastanawiamy się, co musieli przeżyć tutejsi mieszkańcy… Do Egeru docieramy późnym wieczorem. Nasz hotel „Minaret” wziął nazwę od stojącego obok tuerckiego minaretu – jednego z bardziej charakterystycznych symboli miasta. Zbudowana na przełomie XVI i XVII wieku czterdziestometrowa wieża zwieńczona jest półksiężycem i dobudowanym nad nim krzyżem. To znak dominacji chrześcijaństwa nad islamem po odejściu okupanta. Jest to najbliższy Polski minaret.

Piątek rano. Wizytujemy pierwszą winnicę – Egervin. Jest tu ok. 5 km podziemnych korytarzy. Uderza nas różnica temperatur: na zewnątrz lato, gorąco – pod ziemią zimno i przejmująca wilgoć. Zgromadzono tutaj ok. 2000 beczek, wśród nich jedna z największych na Węgrzech, o pojemności 35 tysięcy litrów, tj. ok. 47 tys. butelek – czyli gdybym zaczął dziś wypijać po jednej butelce dziennie, ostatnią wypiłbym gdzieś w czerwcu 2135 roku. Do degustacji zasiadamy w sali położonej 40 metrów pod ziemią. Prowadzą do niej drzwi zamykane na siedem kłódek. Przy blasku świec poznajemy wina Egervinu. Miło zaskoczyło niektórych wino różowe, mniej popularne w Polsce. Jest to Pinot Noir 2004. Młode, ale ciekawe. Zwykle ten szczep jest winem czerwonym. Nie wszyscy wiedzą, że kolor wina nie zależy od tego, czy grona są koloru czerwonego czy białego. Kolor zależy od długości maceracji tzn. namaczania skórek winogronowych. Do kilku godzin – różowe, do kilku dni – czerwone, bez maceracji – białe. Egervin ma pod swoją opieką także roczniki muzealne. Jak np. nagradzany medalami rocznik `64, czy kekfrankos z `85, nie będące w normalnej sprzedaży.

Zwiedzamy Eger. Nad miastem góruje zbudowana w XIII w. twierdza. To tutaj miała miejsce słynna obrona w 1552 roku. Istvan Dobo, jej dowódca, jest dzisiaj bohaterem narodowym. Wróćmy do legendy związanej z winem bikaver, czyli „byczą krwią”. Poznajemy drugą wersję: tureckim agresorom religia zabraniała spożycia alkoholu, jednak ktoś złamał zakaz i spróbował egerskiego wina. W jego ślady poszli inni. Bojąc się zemsty Allacha wymyślili wersję specjalnie dla niego: to nie wino, to tylko bycza krew. (Bardziej popularna wersja opisana w relacji „Wino od św. Andrzeja”) Z twierdzy mamy dobry widok na panoramę miasta. Głównie niska, w większości barokowa zabudowa, wąskie uliczki, liczne knajpki, sklepiki. Nowe osiedlowe bloki, na szczęście są na obrzeżach. Docieramy do Bazyliki – drugiego pod względem wielkości kościoła na Węgrzech. Wybudowana w połowie XIX wieku według projektu słynnego architekta Jozsefa Hilda. Po drugiej stronie ulicy widzimy okazały barokowy budynek – Liceum z końca XVIII wieku. Do dziś funkcjonuje tu Wyższa Szkoła Pedagogiczna. Część grupy postanawia odwiedzić termy – nowoczesny i odważny architektonicznie obiekt, część spaceruje dalej, szukając zacisznego miejsca na odpoczynek. Na chętnych czekają dalsze atrakcje do zwiedzania: kościół Minorytów, największy na Węgrzech kościół serbski, Pałac Arcybiskupi czy plac Dobo.

Wieczór. Przyjeżdżamy do winnicy Thumerer, 12 kilometrów od Egeru. Naszym przewodnikiem jest Eva, córka właściciela zaangażowana w prowadzenie rodzinnego przedsięwzięcia. Winnica w całości schowana jest wewnątrz góry. Piwnice zajmują 4 tys.m2, z czego połowa to oryginalne stuletnie pomieszczenia. Mijamy setki dębowych beczek, Eva fachowo opowiada i oprowadza nas po różnych zakamarkach. Na koniec czeka degustacja z ogromną ilością różnych serów – niezbyt dyskretnie rzucamy się na nie. Zaskakuje nas różnorodność win: kiralyleanyka, olaszrizling, chardonnay, muskotaly, merlot rose, egri bikaver (rzecz oczywista), cabernet sauvignion, pinot noir i inne.

Kolacja w restauracji „Imolia” – pod samą twierdzą. Podziwiamy oryginalne danie: całe zielone szparagi owinięte szynką i mięsem z indyka. Pychota. Popijamy, a jakże by inaczej, kolejnymi egerskimi winami. Wszystkich ujmuje wino pn. Paptag (czytaj: poptok, czyli „po ptokach”, jak rzucił któryś z biesiadników) ze szczepu kekfrankos, z winnicy Juhasz prowadzonej przez dwóch braci. Wino wyprodukowane z jednej działki.

Sobota rano. Winnica Tibora Gala. Jak się dowiadujemy, jej koncepcją jest, aby wino było łatwe do picia. Sekret sukcesu to małe beczki do dojrzewania, a prace w winnicach prowadzone są ręcznie. Spacerujemy podziemnymi korytarzami, uważając na osadzającą się wszędzie niebieskawozieloną pleśń. Żyje ona dzięki oparom wina (to, tak jak my), tworząc specyficzny mikroklimat. Po degustacji zakupy i czas wolny.

Wczesnym popołudniem docieramy do winnicy Szent Andrea, kilka kilometrów od Egeru (o winnicy więcej we wspomnianej wcześniej relacji). Właściciel Gyorgy Lorincz pokazuje nam uprawy winnych latorośli. Zrozumieliśmy, jak dba o wysoką jakość kosztem ilości. Zwykle zbiór ma ok. 12 ton z hektara – u niego nawet poniżej 3 ton. Zostawia na krzaku najmniejsze kiście, stwarzając im możliwie najlepsze warunki rozwoju. W piwnicach mogliśmy skosztować win prosto z beczki (zawsze o tym marzyłem!) – domyślając się jakie to wino będzie, gdy dojrzeje. Duże wrażenie, między innymi ciekawymi winami, zrobiło na nas Egri Bikaver Superior. Gyorgy, przy całej swojej skromności, nie ukrywał dumy. To bikaver z najwyższej półki.

Zwieńczeniem naszego pobytu w Egerze była węgierska kolacja w tzw. Dolinie Pięknej Pani. Szczególnym miejscem wielu winiarni i lokali – miejscem rozrywki i degustacji. (Tu zdarza mi się mały wypadek: siadam na widelcu i wyczyniam różne wygibasy.) Nazwa doliny pochodzi albo od pierwowzoru prehistorycznej Wenus, bogini zamieszkujących ten teren plemion, albo wyjątkowej urody kobiety, zajmującej się sprzedażą wina.

Symbolem regionu egerskigo jest niewątpliwie wino egri bikaver. Tak jak u nas każda gospodyni domowa robi swój niepowtarzalny bigos, tak tutaj każda winnica wytwarza swoją „byczą krew”. Ponieważ może ona być kupażem od 3 do 10 winnych szczepów, to jest to wielkie pole do indywidualnych popisów winiarzy. Okręg Egeru wydał nawet apelację dla Egri Bikaver, określając warunki, jakie muszą być spełnione, aby wino mogło nazywać się bikaver.

Niedziela rano – powrót. Mamy uczucie aktywnie spędzonego czasu. Uganialiśmy się za winnymi przysmakami od winnicy do winnicy, przemierzaliśmy kilometry podziemnych labiryntów, mieliśmy okazję poznać historię, krajobrazy i zabytki regionu. Udało nam się w krótkim czasie stworzyć całkiem zgraną paczkę. Połączyło nas zamiłowanie do podróży, które kształcą, a także łagodne działanie spożywanego winnego napoju – bogactwa Egeru.

Wyjazd odbył się w dniach 2-5 czerwca 2005 roku, organizatorem był Dom Wina z Krakowa.

Foto: Marian Jeżewski