Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

„Kto prosił ruskie? – Nikt, same przyszli!” – To dowcip barów mlecznych i bufetów, popularny w czasach, kiedy jedzenie było sztuką, ale inaczej, a „Ruskie” sprzedawali nam przez koszarowy płot paliwo samolotowe. Od tamtego okresu mleczne bary prawie zupełnie zniknęły z gastronomicznego krajobrazu, za to instytucja bufetu funkcjonuje i ma się dobrze. Miałem okazję przetestować to na sobie.

Bufety zadomowiły się głównie w biurowcach i obiektach będących siedzibą różnych instytucji oraz firm. Całkiem niedawno uczestniczyłem w całodziennym kursie, w takim to miejscu z bufetem właśnie. W przerwie obiadowej nie musiałem martwić się, gdzie go znajdę. Po prostu dałem się unieść kilkudziesięcioosobowemu tłumowi, którego marszobieg po korytarzach, kolejnych zakrętach, schodach i piętrach, jak się okazało, miał finał przy bufetowej ladzie.

Gdyby pokazać to w zwolnionym tempie, obraz składałby się z dwóch niezależnych i samorządnych filmów. Ujęcie grupy od pasa w górę – korpusów, rąk, głów (tu zwłaszcza wyrazy twarzy) – wszystko to zdawałoby się mówić: „ale nuda, beznadzieja, totalny zastój, nic się nie dzieje, chyba umrę z nudy, leniwiec przy mnie, to gejzer aktywności.”
Ujęcie dolnych partii ciała, czyli nóg, nawet na spowolnionych klatkach robiłoby wrażenie – „dziwne, że przy takich obrotach co któraś kończyna nie wylatuje w powietrze!?”

Całość, to połączenie ogromnego wysiłku z wielką godnością. Dla odwrócenia uwagi ktoś rzuca od czasu do czasu coś w rodzaju – „Ach, a na zewnątrz taka brzydka pogoda!”
A jest o co walczyć. Każda osoba mniej przede mną w kolejce, to cenne minuty wolności poza nią.

To, co mnie zaskoczyło, to spory wybór i niskie ceny. Na obiad wystarczyło niewiele ponad 10 złotych. Punktem kulminacyjnym było wywoływanie zamówionych pozycji. Oddzielnie zupa, oddzielnie danie główne. Kiedy pani bufetowa wykrzykiwała: „barszczyk!”, a można by ten dźwięk porównać do głosu, jaki wydobywa się z nadepniętej przypadkowo, sparciałej gumowej kaczki – 5-6 osób zrywało się na równe nogi i po krótkich, nerwowych negocjacjach ustalało między sobą komu się to należy. Tak było za każdym razem przy bardziej popularnych potrawach. Ja miałem szczęście, bo zamawiając żurek i naleśniki, znalazłem się w mniejszości.

Obiad zjadłem ze smakiem. Pomyślałem, że gdyby była to restauracja, rachunek zapłaciłbym przynajmniej raz wyższy, a mój żołądek na pewno by tego nie zauważył (znaczy, różnicy w najedzeniu się, nie w płatności). Może dostałbym większy talerz (min. XXXL), a dookoła porcji zajmującej jakieś dziesięć procent całości, kucharz po ASP wymalowałby karmelem fajerwerki sylwestrowe nad Paryżem, do tego dorzuciłby z dwa listki mięty i kawałek miąższu doczepionego do skórki pomarańczy. Najlepiej, gdyby talerz jeszcze śpiewał.

Kolejną cechą bufetu jest możliwość zawierania znajomości. Z braku miejsca ludzie przysiadają się do siebie. W restauracji – nie do pomyślenia. Umila to oczekiwanie na wywołanie, a potem można się wymienić wrażeniami podniebienia albo uciąć pogawędkę na dowolny temat. Inna sprawa, że zapytany czym się zajmuję, chętnie i dużo opowiedziałem z zainteresowaniami włącznie, a gdy „odbiłem piłeczkę”, usłyszałem zdawkowe: „pracuję w dydaktyce”. Wiadomo, nie wszyscy są tak samo otwarci, zadałem więc pomocnicze pytanie” „O, to ciekawe, a gdzie?” – „A, tu i tam…” Dopiero później poczułem dumę, kiedy dowiedziałem się, że siedziałem przy bufetowym stoliku razem z profesorem. Zwyczajnym!