Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Czy zawsze sprzedawca chce zachęcić kupującego do zakupu?  To pytanie może wydawać się na pierwszy rzut oka bez sensu. Przecież wszelkie promocje, reklamy itp. są właśnie po to. Mają wzbudzić w nas potrzebę, chęć posiadania. Nawet, a może zwłaszcza, gdy takiej potrzeby nie ma.
Przechodząc niedawno obok sex shopu dostrzegłem napis: „u nas największy wybór filmów z polską wersją językową”. Tylko co oni tam dubbingują?! – pomyślałem. Ale przynajmniej widać, że starają się, zabiegają o klienta, że jest dla nich ważny.

Poszedłem z gronem przyjaciół do knajpki na Giszowcu. Panowie zamówili piwo, panie chciały napić się wina. Czerwonego, wytrawnego. Nie było dużego wyboru. Właściwie w ogóle nie było wyboru. Było tylko jedno czerwone, wytrawne wino. Była tylko Sophia. (Tu widzę uśmiech Jarka Gibasa!) No, jeśli nie ma co się lubi…  Wiemy, że ta popularna marka do szczególnie udanych nie należy. Ale cóż, kiedy kobieta się uprze i jeszcze wcześniej nastawi…
Wieczorem, przy nastrojowym oświetleniu, lampka czerwonej Sophii prezentuje się całkiem przyzwoicie. Niestety, nie wpływa to także na jej walory smakowe. Panie jednakże dzielnie, solidarnie nie narzekały. Tymczasem, okazało się, że mieszek wrażeń nie był jeszcze pusty. Lekko nas „zatkało”, gdy poznaliśmy cenę bułgarskiego trunku.  Lampka – 7 złotych. To dopiero „przebitka”!  A żeby było ciekawiej, przy barze widniała cena 3,50 – co już zdawało się nam trochę przesadzone. Okazało się , że była to cena za 50ml, a nie za 100 ml, czyli tyle ile mierzy lampka wina! Kelnerka tłumaczyła, że u nich podaje się ceny za 50 ml wszystkich alkoholi. Szczęśliwym trafem napatoczył się właściciel lokalu. Pytamy o stan rzeczy. I tu emocje sięgają zenitu: cena „Zośki” (pieszczotliwa nazwa tego wina) jest taka, bo klienci koniecznie chcą, aby było tu wino, a my (proponuję wziąć głęboki oddech), nie chcemy go sprzedawać (!?). Żadnego wina. Jest wino, żeby ktoś nie powiedział, że nie ma. Aby poprzeć swój wywód, dodał, że jest świeżo po szkoleniu marketingowym. (Zastanawiam się, czy jakość i cena tego szkolenia, były na poziomie serwowanego wina?) Pan właściciel był w każdym razie zadowolony z siebie.
Skoro, patrząc na wyborczą frekwencję, mniejszość decyduje o losach większości, to dlaczego w lokalu gastronomicznym miałoby być inaczej?

W sympatycznej, z dobrą kuchnią i miłą obsługą, katowickiej restauracji, poprosiłem o kartę win. Kelner przyniósł trzy butelki do wyboru, po ok. sto złotych każda. A coś za trzydzieści? Nie ma! Szkoda, bo przecież mogłoby być. I to całkiem przyzwoite. Skąd brak średniej klasy win za niewygórowane pieniądze? Czyli, po obiedzie w restauracji, na winko – do sklepu.  Potem na ławeczkę i z gwinta… A i w sklepach też bywa różnie. Zwłaszcza w tzw. sklepach osiedlowych. Kiedyś, po długich poszukiwaniach między winami słodkimi i półsłodkimi, pani sklepowa znalazła zakurzoną wprawdzie, ale butelkę wytrawnego. Kasując, spojrzała mi głęboko w oczy, „przecież to jest kwaśne!” – powiedziała w końcu. Było bardzo dobre. Pojechałem więc nazajutrz po jeszcze jedną, dwie na zapas. Niestety, wczorajsza była ostatnią…

Krzysztof Kieślowski, odbierając nagrodę na którymś z większych festiwali europejskich, powątpiewał, czy aby Polska leży w Europie. W kwestii kultury spożywania lżejszych trunków, opinia ta ciągle, niestety, pokutuje.  Dlaczego? Czy musimy zawsze tłumaczyć się brakiem tradycji? Czy właściciele lokali nie mogliby ową tradycję nam zaszczepić i propagować?! Czy ciągle, na każdym kroku, w sklepie, restauracji, urzędzie, będą prześladować nas przeróżne „Zośki” ludzkiej bezmyślności i ignorancji?… Jak na razie „ Zośki” mają się wcale nieźle. A jak trafi się kwaśna, to można dosłodzić cukrem!