Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Uśmiechnąłem się, bo budynek przypominał mi restaurację z bardzo starych fotografii… Bystry obserwator zauważyłby jednak, że nigdzie nie ma drzwi wejściowych. – Brak konsekwencji – pomyślałem. – Mogliby przecież zamontować przynajmniej jakąś atrapę, lub chociaż wymalować udające wejście graffiti…

Parking jest wspólny z megamultihipermarketem – udało mi się znaleźć miejsce na jedenastym poziomie. Windą wyjechałem wprost do sali konsumpcyjnej „Chaty Prezesa”, bo tak nazywa się ten lokal. Ujrzałem białe, gładkie ściany bez okien i grafitową podłogę z tłumiącego kroki tworzywa, a moje nozdrza poczuły przyjemne, filtrowane powietrze. Siadłem na ławie z grubej pleksi imitującej mahoń. Skinieniem głowy do zerkającej na mnie kulistej kamery poprosiłem o stolik.

Po chwili, na powietrznej poduszce wjechało coś, co przy odrobinie wyobraźni mogło przypominać starodawne biurko z niewielkim, owalnym ekranem w szklanym blacie. Krótkie filmy prezentujące menu i zachwalające firmową kuchnię, przerywane były długimi reklamami agencji towarzyskich, aerozolów nasennych, implantów telefonicznych i wczasów na Srebrnym Globie. Zdecydowałem się na „Przysmak Main Sales Menagera”, podwójną surówkę pierwiastków śladowych i bezalkoholowe, niebieskie wino prosto z Langwedocji.

W sali było czysto (chyba z kwadrans po wyjaławianiu!) i idealnie cicho. Byłem sam, obserwowany przez kilkanaście bezszelestnie ruszających się kamer. W oczekiwaniu na zamówienie (przyrządem dołączonym do biurka), zrobiłem sobie elektro-biomagnetyczną stymulację przegrody nosowej, podniebienia i języka – dla higieny i zwiększenia odbioru wrażeń przed spodziewanym posiłkiem. Przełączyłem ekran na informacje z giełd: sprawdziłem akcje wody mineralnej, miodu i konopi indyjskiej, potem obejrzałem nowy hit Krzysztofa Krawczyka i wysłuchałem dyskusji psychologa z młodzieżą nt. „Czy dzieci powinny bić rodziców?”…

Podjechał samosterujący wózek kelnerski. Z grzecznym  „Dzień dobry miłemu panu! Życzę zdrowia i zadowolenia!”, podał do stołu. Zdawało mi się, że odjeżdżając coś jakby burknął do siebie, ale chyba tylko mi się zdawało. Przede mną pojawiły się cztery zafoliowane pakunki: jeden – sześcian (ok. 5x5x5 cm) w pionowe szaro-różowe paski – to danie główne, drugi – trochę mniejsza, seledynowa kostka – surówka, w trzecim była ampułka z winem, a czwarty to bibułki nasączone zapachami – do wdychania podczas jedzenia.

Muszę przyznać, że wszystko robiło przyzwoite wrażenie. Odpowiednia konsystencja kostek dawała lekką elastyczność i kruchość zarazem. Świetna ich wilgotność powodowała przyjemne, sprawne przełykanie. Delikatny, subtelnie podszczypujący podniebienie smak, uzupełniały świeże, nowoczesne aromaty, mogące kojarzyć się z wiosną, delegacją i ciepłem automatu regulującego poziom jonizacji roślin doniczkowych na balkonie. Wino niezłe, może ciutkę zbyt schłodzone. Ceny, oczywiście takie same jak wszędzie. Ogólnie: obsługa, jedzenie, wystrój – 31 oczek i jeszcze pół – tyle dałem w elektronicznej ankiecie oceny lokalu. Wsadziłem czip do otworu w windzie – uregulowałem za restaurację i parking i ukłoniłem się do kamery. Jadąc w dół pomyślałem, że całkiem tu sympatycznie. No, może trochę zaniepokoiło mnie dziwne zachowanie wózka kelnerskiego…