Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Pan Józef siedział w barze i nic nie robił, czyli wykonywał swoje ulubione zajęcie. Spojrzał na stolik z lewej – pusto, z prawej – pusto, z przodu – nikogo i z tyłu – nikogo. Jestem sam – pomyślał i ta myśl to był jego pierwszy większy wysiłek od dłuższego czasu. Wcześniej, właściwie nawet się nie poruszał.

Takie myślenie to fajna sprawa – stwierdził – szybciej mija czas czekania na piwo. Ale dlaczego ja muszę tak długo czekać? – pojawiła się kolejna myśl. – Widać nabierał już niezłej wprawy w tym myśleniu. Nie odpowiedział jednak sobie, tylko zapadł w letarg. Dwie muchy zaczęły harce na jego dłoni. Ani drgnął. Wiedział, że i tak nie da rady złapać chociaż jednej, więc po co?

W pewnym momencie zauważył, że denka od szklanek pozostawiły na blacie stolika kółka wyschniętej kawy, tworząc symbol olimpijski. Zaraz, kiedy to była ostatnia olimpiada? – Zmarszczył czoło, ale to nic nie pomogło. Przez wypaloną papierosem dziurę w zasłonie spostrzegł, że zaczęło padać. Przypomniało mu to, że zamierzał iść do toalety. Wstał więc, lecz zaraz usiadł z powrotem. – Lepiej jak wypiję to czwarte piwo, odcedzę kartofelki za jednym zamachem za dwa razy. – Jeszcze wytrzymam.

Przyszedł kelner. Bez piwa. Okazało się, że zapomniał. Pan Józef skupił wzrok na jego brudnych paznokciach i dotarło do niego, że ma ochotę na ziemniaki z sadzonym jajkiem. – Zamówiłbym, ale nie mam tyle pieniędzy. – To niech pan przyniesie mi dwa piwa, żeby dwa razy nie chodzić! – Spodobało mu się, że może trochę ulżyć kelnerowi w jego nielekkiej pracy. Chyba sobie jeszcze zapalę – powiedział sam do siebie, strzepując popiół z kolana. Wyciągnął ostatniego „popularnego” ze zmiętej paczki. Zaraz będzie piwo, a papieros z piwem to to, co pan Józef lubi najbardziej. – Też mi się od życia coś należy!

Dzisiaj miał nienajlepszy dzień. Wylali go z roboty, a był to jego pierwszy dzień pracy po prawie roku. Obiboków nie potrzebujemy! – usłyszał. I tak długo nie pociągną, nie ma komu robić. Za granicą zarobią więcej i nie muszą tam codziennie słuchać gęgania żon. A żony pan Józef bał się tak samo, jak chodzenia do stałej roboty. – Muszę coś wymyślić, żeby na mnie nie krzyczała! – Rozbawiło go to, że dzisiaj już chyba z trzeci raz coś powoduje jego myślenie. Kiedyś nawet studiował na Akademii Rolniczej, miał łatwość w nauce niemieckiego, ale kumple ściągnęli go do „Enerefu” na „arbajt”. Wrócił po siedmiu latach z dwustoma markami w kieszeni, w jednych spodniach i umiejętnością równego stawiania murku z cegieł. Ale to już było dawno…

Co to za traktowanie klientów!? – Beznadziejny lokal, leniwa obsługa! – Nie dziwię się, że tu nikt nie przychodzi! – Burczał pod nosem, wyraźnie rozdrażniony pan Józef wychodząc z toalety. – Jak to możliwe, żeby w umywalce nie było ciepłej wody!?