Autorem wpisu jest: Jarosław gibas

Ostatnio zaintrygował mnie jeden z komentarzy zamieszczonych nawidelcu: oto pewna miła pani oburzyła się na wymóg wkładania słomek do szklanki z drinkiem za pomocą szczypiec, bo w trakcie dużej imprezy na to nie ma czasu, a barman też człowiek więc dajmy mu żyć. Hm… a proszę pani, klient to jeszcze człowiek…, czy już jednostka gorszej kategorii i już się życiem nie powinien cieszyć?

Wiadomo, że gorszy, bo istnieje również i taki podział świata, w którym nieprzekraczalną granicę pomiędzy swoimi i onymi stanowi płaszczyzna baru. Z jednej strony jest elita, z drugiej przepływająca przez lokal tłuszcza. I z tej zewnętrznej strony poszczególny kolo, jest tak mało ważny, że aż strach. I nie dość, że mało ważny, to jeszcze słomkę by chciał szczypcami. Też coś! Wydziwianie takie, jakby sobie klient nie mógł wziąć słomki w paluchy i włożyć do szklanki? Granat mu rąsie urwał, czy co? Niedorozwinięty jakiś, a może ćwok niedorobiony? Przecież barmanka (chociaż tu powinienem raczej używać określenia „bufetowa”) się nie rozdwoi. Musi mieć czas, by poprawić sobie kolczyk w pępku i puścić powłóczyste spojrzenie po sali, czy czasem jakiś naszmalcowany kark nie łypie na nią zachęcająco.

Niestety, z drugiej strony baru wygląda to nie mniej zabawnie: czemuż ta wymalowana panna się tak grzebie? O matko i jeszcze mi przebiera łyżką w piwie, albo co gorsza paluchami nakłada cytrynkę. A wiadomo to, gdzie ona miała przed chwilą te paluchy?

I w ten oto sposób nić szorstkiej przyjaźni pomiędzy klientem lokalu, a jego obsługą powoli nabiera rumieńców. W tym wszystkim najgorsze jest nie to, że taki wzorzec zachowań nie został wymyślony wczoraj, ale to, że dzisiaj jest skutecznie podtrzymywany. Pamiętamy doskonale wszelkich kelnerów i bufetowe ubiegłej epoki, którzy klienta mieli za śmiecia i niepotrzebnie pałętający się po restauracji pomiot. Skądś się przecież wzięły te wszystkie dowcipy o muchach w zupie, dziwnych znaleziskach w kawie plujce i sztucznych szczękach w bigosie. I właśnie teraz, kiedy te czasy odeszły w zapomnienie i można już było odetchnąć  z ulgą, pojawiła się nowa zmora: na imię jej selekcja! Przyszła z Zachodu, jak niechciany bachor i mamy teraz z tym niezły zgryz. Najpierw widzieliśmy na filmach, jak to przed amerykańskimi lokalami trzeba się nastać w kolejce, by (tu cytat z ostatniego odcinka „Spin City”): „przekonać bramkarza, że warto nas wpuścić do środka”. Coś okropnego! Jakiś „szyita” ma decydować, czy ja się nadaję do tego, żeby w danym lokalu zostawić kasę, z której „szyita” ma na karnet do siłowni? Przecież to straszna chamówa, prawda? To tak, jak z prawniczą presumpcją winy!

W systemach niedemokratycznych od razu zakłada się, że obywatel jest winny i dopiero musi dowieść swej niewinności! Czyli, wchodząc do lokalu muszę dowieść, że potrafię się w nim kulturalnie zachować. Kulturalnie, czyli tak, żeby szyita, który tam rządzi był zadowolony?
Kiedyś wpadłem na piwo do pewnego katowickiego, młodzieżowego pubu i trafiłem akurat na początek selekcjonowanej imprezy. Jako, że wszedłem wcześniej, ochroniarze co róż patrzeli mi głęboko w oczy sugerując wzrokiem, że nie jestem tam mile widziany. Wyszedłem oczywiście, bo pod taką presją rzadko które piwo smakuje.

Ale ten przykład pokazuje, jak sztucznie wytworzona granica pomiędzy elitą za barem (lub w lokalu), a hołotą przed barem (lub na zewnątrz) stale się umacnia. I stąd właśnie przekonanie miłej barmaneczki o tym, że klient nie zasługuje na to, by mu słomkę podawać szczypcami. Skąd ma bowiem wziąć szacunek dla klienta? Z faktu, że ten prosił „szyitę”, by go wpuścił do knajpy? W jej oczach na szacunek zasługuje raczej „szyita”, skoro, jak trzeba, to klientowi da w mordę, albo na przykład nie wpuści, bo mu się ktoś nie podoba! Zatem trudno się pani barmance dziwić – już i tak mamy szczęście, że nas obsługuje, a jak mamy słomkowe fanaberia, to przecież drinka sobie zawsze możemy zrobić w domu.