Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Oddajmy się przez chwilę marzeniom: mamy ochotę na spędzenie wieczoru w restauracji, więc wchodzimy do sieci, oglądamy sobie wnętrze lokalu w 3D i klikając w odpowiadający nam stolik, dokonujemy rezerwacji. Możliwe? Z technicznego punktu widzenia – oczywiście. Czy do zrealizowania u nas? Żadnych szans.

Restauracje bowiem (mówię o zdecydowanej większości, a nie o wszystkich rzecz jasna) pozostały w czasach, w których wyobrażeniem komputera jest Hal 9000 – jeden z bohaterów „Odysei kosmicznej 2001", który miał tę zaletę, że nie wymagał obsługi. Gadał, wykonywał polecenia i na końcu się zbuntował. Niestety, dzisiejsze komputery nie są tak mądre – należy użyć do ich obsługi myszki i klawiatury. Myślicie, że przesadzam? Prosząc jedną z warszawskich restauracji o adres mailowy usłyszałem w telefonie od pani menadżer: „wu wu wu małpa restauracja…" itd. Wiedza na temat różnicy pomiędzy adresem strony, a adresem mailowym nie była owej pani dana. I teraz namówcie kobiecinę, żeby odbierała maile z rezerwacją stolików i mailem zwrotnym potwierdzała dokonanie rezerwacji. Toż to wyzwanie przekraczające wszelkie racjonalne wyobrażenie.

Wystarczy zresztą spojrzeć na adresy mailowe tych restauracji, w których szwagier właściciela się zlitował i skrzynkę na swoim komputerze założył. W zdecydowanej większości triumfy święcą bezpłatne domeny dużych polskich portali. I co? I nikt nie czai obciachu – to tak, jakby prezes dużej firmy dał drugiemu prezesowi wizytówkę z mailem z onetu. To oznacza, że gość nie ma świadomości, iż wykupienie własnej domeny jest tańsze niż wyprodukowanie wizytówek! A to z kolei oznacza, że reprezentowana przez niego firma, jest w takim technologicznym tyle, że mówienie o dot comach, e-biznesach itd. ma taką samą skuteczność, jak błaganie ekranowego Hala 9000 żeby się zlitował i przestał buntować.

Co roku ponad milion Polaków decyduje się na zakup stałego łącza – to oznacza, że w 2008 kolejny milion ludzi będzie czerpał informacje głównie z sieci. O wszystkim: rozkładach jazdy, repertuarach kin, programach telewizyjnych i w końcu – restauracyjnym menu. Coraz częściej się mówi o polskojęzycznych serwisach pubów i restauracji spoza naszych granic – to słuszne myślenie, w końcu jeździmy tam na wakacje, wycieczki i zarabiać kasę, której część możemy tam przecież zostawić, zajadając wiedeńskie sznycle, francuskie croissanty i przepijając wszystko bawarskim piwem. U nas znalezienie serwisu restauracji z wersją obcojęzyczną, nadal jest rzadkością – tak, jakby przyjeżdzający tutaj Francuzi, Anglicy i Niemcy takiego wynalazku ludzkości, jak restauracja w ogóle nie znali.

Większość specjalistów od przyszłości twierdzi, że czeka nas prawdziwa internetowa rewolucja – sieć będzie powszechna i niezastąpiona, a korzystać na niej będą wszyscy. Ups… Soryy… Zapomniałem o naszych restauratorach, którzy wciąż za najskuteczniejszą formę promocji uznają druk ulotek, które dziwnym trafem błyskawicznie zapełniają miejskie kosze.
Cóż można z tym zrobić? Ano póki co, niewiele. Chyba, że rzeczywiście ktoś wymyśli Hala 9000, który swoim spokojnym, głębokim głosem podpowie restauratorowi: „Zlituj się stary i przestań się w końcu przeciwko nowoczesności buntować."