Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Kiedyś w jednej z restauracji katującej radiem swoich klientów spożywałem już nie pamiętam co, ale za to doskonale pamiętam, co mówili w radiu. Otóż beztroski spiker przeczytał wiadomość o żółwiach na południowych plażach, które nocą mylą światła dyskotek z blaskiem gwiazd dzięki, czemu miast do morza pełzną wprost pod nogi tańczących turystów. Po odczytaniu wiadomości przekonany co do swego błyskotliwego poczucia humoru radiowy prezenter rzucił myśl głęboką: jak się na dyskotece rusza w żółwim tempie, to nic dziwnego że można być zadeptanym! Bardzo śmieszne… Tak śmieszne, że się jeść odechciewa. Bo jak tu rozkoszować się jedzeniem w towarzystwie idioty? Tymczasem wielu restauratorów uważa, że klientowi restauracji jest milej, kiedy podczas kolacji przy świecach czas nam urozmaica silący się na śmieszność spikerzyna.

Drzewiej na pańskich dworach należało do słusznego obyczaju, by do wystawnej kolacji zawołać jeszcze pałacowego głupka, który przebierając komicznie nogami udawał jeszcze większego cymbała, niż był nim w rzeczywistości, co pana dworu do łez ze śmiechu doprowadzało. Ta piękna tradycja stworzyła wkrótce instytucję królewskiego błazna, która tak szybko odeszła w zapomnienie, jak szybko monarchowie przekonywali się, że błazen jest od nich o wiele mądrzejszy. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby dbający o klientelę właściciel lokalu przyprowadzał raz na czas jakiś do stolika miejscowego kretyna, żeby gości swą durnotą bawił. Można by się poczuć, jak na królewskim przyjęciu celując raz po raz po raz w podskakującego zdechlaka kurzym skrzydełkiem, ale jak każda zabawa i ta musiałaby się prędzej, czy później znudzić.

Tymczasem w naprawdę wielu restauracjach uważa się, że radio znudzić się nie ma prawa, bo przecież co chwila coś innego grają, a prezenterzy zmęczeni swymi dowcipami też się czasem zmieniają. Zatem siadamy przy stole, zamawiamy potrawę i cieszymy się z lecącej z głośników piosenki w oczekiwaniu na kolejnego dowcipasa. To tak, jakby ktoś koło nas posadził, gościa któremu się gęba nie zamyka. Prędzej, czy później każdy normalny człowiek nie wytrzymałby tego okrucieństwa i gadułę w michę zdzielił. Jak go jednak zdzielić, jak siedzi w środku zawieszonej na ścianie skrzynki, puszcza jakieś techno – hip – hopy, wdzięczy się i nawet nie wie, co my o jego poczuciu humoru tak naprawdę myślimy. Wie natomiast, co sam myśli o swoim humorze i w większości wypadków jest tymi myślami zachwycony.

Z drugiej strony czasem trudno się dziwić radiu w restauracji, bo przecież dobrać odpowiednią muzykę do własnego lokalu to nie lada sztuka! Do tego trzeba co kilkadziesiąt minut płytę zmieniać, dbać o poziom głośności (żeby było słychać, a jednocześnie by móc szeptem do swojego partnera przy stoliku coś powiedzieć), no i trochę zainwestować w odpowiedni sprzęt. Era samochodowych głośników chowanych za firanką już na szczęście przemija, a klient może przecież mieć wyczulone ucho i od razu rozpozna z czego się tu muzyczkę zapodaje. Co więcej, trzeba mieć jeszcze świadomość tego, jak muzyką podkreślić, lub przekreślić nastrój chwili. Spotykając się z kumplami mogę do czerwonego wina serwować na przemian Deep Purple i stary Perfect, bo tak się umawiamy i nastrój to tworzy, a nie odwrotnie. Jednak w restauracji musimy z góry przyjąć pewien kompromis pomiędzy gustem muzycznym szefa, a świadomością, że goście nie dla muzyki tu przyszli. Jest ona ważna, bo pomaga przy tworzeniu odpowiedniej atmosfery, ale jej główną rolą jest nie przeszkadzać. To tak jak z doskonałą muzyką filmową – najlepsza jest ta, której jesteśmy świadomi, a jednocześnie na którą nie zwracamy uwagi. Dlatego takie mistrzostwo osiągnęli Zimmer i Badelt – ich muzyka wzmaga nastrój filmu, ale nie odwraca naszej uwagi od akcji.  Co więcej, odtwarzana z płyty dopiero odsłania cały wachlarz swoich walorów.

Na szczęście coraz więcej restauratorów zaczyna rozumieć tę zasadę i powoli, z mozołem radia znikają z lokali. Dla ich amatorów nic straconego – zawsze można przyjść do domu, czy zasiąść w samochodzie i na cały regulator puścić swojego ulubionego nowoczesnego techno-młodzieżowego pałacowego głupka. No chyba, że się zrozumie, że wszyscy oni wychowywali się w czasach nocnych audycji Kaczkowskiego, który poziom radiowego spikera wyniósł na nieosiągalne szczyty. Większość z tych młodych, rozkrzyczanych ludzi szczytów tych nie jest już w stanie dosięgnąć. A im bardziej się starają, tym żałośniejszymi bęcwałami się stają, niezależnie od tego w jakim pałacu mają wielbicieli…