Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Jak piorun z jasnego nieba gruchnęła wieść swawolna – w jednym z katowickich lokali straszy. Gazeta się podnieciła i o mało co cała nie omdlała z przerażenia, bo duchy wypasione po lokalu śmigają z lewa na prawo i wstydu po nich nie poznać. No to wypowiada się pierwszy ekspert w lokalu – dla gazety znawca tematu, w życiu codziennym konserwator powierzchni płaskich. Z wypowiedzi wynika, że duchy upodobały sobie okolicę parkietu. No, nie dziwota: chciałoby się powiedzieć, że duch też człowiek, lubi sobie czasem hołupce powywijać. I tak dalej w ten deseń pięknie się rozwija festiwal głupot, ku ubawowi gazetowej konkurencji i uciesze złośliwej gawiedzi

Tym czasem przecież duch w restauracji mógłby być świetnym marketingowym chwytem, bo można by go było reklamować, żeby ludziska przychodzili go podziwiać. Potem wystarczy już tylko raz na jakiś czas zgasić światło, puścić jęki z głośników i szurania po posadzce okrętowym łańcuchem. Nawiasem mówiąc, warto zwrócić uwagę, że w większości opowieści o duchach mamy do czynienia z ich staroświecką wersją. Albo po pałacu się pałęta chuderlawa wywłoka w powłóczystym prześcieradle, albo rycerz zakuty cały, uwiązany za kostkę łańcuchem z kulą. Kula była mu pewnie i owszem potrzebna za życia, żeby szybko nie biegał, ale po śmierci jakoś tak już z tą kulą bardziej na głupka, niż na straszydło wychodzi. Chyba, że podczepienie do kuli jest tak pomyślane, żeby można było zakutym frajerem z armaty wystrzelić, ale tutaj dalsze dywagacje zostawmy specjalistom od średniowiecznych technik wojennych.

Jeśli jednak trochę logicznie pogłówkować, to wychodzi na to, że cała ta duchowa machina przestała produkować straszydła dawno temu. Nowi jakoś się coraz rzadziej pojawiają, co jest tym bardziej dziwne, bo przecież ludzi teraz umiera więcej niż dawniej, ponieważ w ogóle jest ich więcej. A zatem mimo znacznego przyrostu, hm.., że tak powiem „materiału” na duchy, tych ostatnich jest mniej. Możliwe, że duchy zaraz jak tylko postanowią straszyć przebierają się „po duchowemu”, żeby swe straszenie bardziej uwiarygodnić, ale ten wariant wydaje mi się jeszcze głupszy, niż ich zaskakujący brak wyczucia czasu

Otóż czas „duchowy” jest tak makabrycznie pokręcony, że trudno jakoś w te duchy wierzyć. Weźmy ducha, który straszy i z którym straszeni na seansie spirytystycznym ucinają sobie pogawędkę, z której jasno wynika, że ich osobisty duch został duchem jakieś sto lat temu, więc teraz ich straszy. No to ja się pytam, co duch porabiał w międzyczasie? Siedział w kucki w szafie i czekał na swoje pięć minut? Sto lat ciągnie się dłużej niż akademicki kwadrans? Idąc dalej tym tropem przekonujemy się, że im głębiej w las, tym jeszcze gorzej. No bo jak wytłumaczyć fakt, że duchy straszą głównie w nocy? To co zatem w dzień robią? Śpią, czy czytają polską prozę feministyczną? A może ćwiczą skomplikowane układy choreograficzne, żeby w nocy większe wrażenie robić?

Zanim zatem sięgniecie po klucz i talerzyk i zgasicie światło, warto sprawę duchów przemyśleć dogłębnie, żeby wiedzieć co też nad tym talerzem wydarzyć się może. Słyszałem kiedyś w jednym z popularnonaukowych programów, jak jeden ekspert z drugim z kamiennymi twarzami opowiadali o duchach, co się na seansach pod inne podszywają. Zamawiacie Napoleona, a tu byle szczyl się przypałęta i cesarza udaje. Albo chcecie Marylin Monroe, a tu Wanda Wasilewska w leginsach się pokazuje (co i w życiu często bywa!). Eh…,  czasy tak teraz na psy zeszły, że już nawet duchom nie ma co wierzyć!

Odwiedził mnie ostatnio zaprzyjaźniony Anglik, któremu się po kilku browarach zebrało na wyrażenie ubolewania z powodu swojej narodowej dziwaczności. Wyszło na to, że w jego kraju straszy w co drugim domu, a domy, w których nie straszy mało się na rynku nieruchomości liczą. Straszenie jest tam tak powszechne, że ludzie wpadają w popłoch dopiero wtedy, kiedy gdzieś straszyć przestaje. Jedna zaś prawda jest od dawna tam znana – nie ma to jak sprawny marketing! Tymczasem katowicki lokal miast korzystać z ducha, bo przecież taka okazja się rzadko trafia, wziął i splajtował. Tego oczywiście dowiadujemy się dopiero z drugiej części gazetowego tekstu. Jest też tam wysokość czynszu, którą pan właściciel za tę obskurną piwnicę sobie życzy. I dopiero w tym momencie się dowiadujemy co i kto tam tak naprawdę straszy!