Autorem wpisu jest: Marian Jeżewski

Usiadł, zamówił kawę i wreszcie wyciągnął  „marlborasa”. Zaciągnął się głęboko. Lubię takie chwile – pomyślał Józef, puszczając biały obłoczek przez prawe ramię. Kątem oka spostrzegł młodego mężczyznę, u którego na czoło zaczęły w tej chwili nadciągać czarne, dla odmiany, chmury. Przeszył Józefa takim wzrokiem, którego nie powstydziłby się nawet bazyliszek i zaczął: Czy wie pan, że dym tytoniowy składa się z ok. czterech tysięcy związków chemicznych, między innymi z tlenku węgla (tzw. czad), amoniaku czy cyjanowodoru? Że Światowa Organizacja Zdrowia informuje o ok. 14 tysiącach śmiertelnych ofiar palenia dziennie, czyli o ponad 5 milionach zgonów rocznie? Że w 1996 roku w USA zmarło z powodu palenia 434.000 osób, z powodu alkoholizmu 101.000, a w wypadkach samochodowych 49.000? Józef próbował tłumaczyć, że siedzi na miejscu dla palących, ale młody mężczyzna nie słuchał. Kontynuował: Wie pan, że po rzuceniu palenia substancje smoliste wychodzą z organizmu jeszcze przez pięć lat? Że najczęstsze choroby powstałe na skutek palenia tytoniu to: nowotwory złośliwe, choroby sercowo-naczyniowe, udar mózgu, cukrzyca i choroby układu trawiennego? Na pierwszym roku medycyny pali 29% studentów i 18% studentek, a na piątym odpowiednio 42% i 28%. Skąd on to wszystko wie? – zaczął zastanawiać się Józef, sięgając po drugiego papierosa. Okazało się, że to przedstawiciel firmy farmaceutycznej. Młody mężczyzna wyliczał dalej. Wie pan, że przez 20 lat palacz puszcza z dymem średniej klasy samochód? Plus wydatki na leczenie. Że w roku wypala około pięć i pół tysiąca sztuk? To tak, jakby palił od północy w poniedziałek do następnego poniedziałku w południe, bez najmniejszej przerwy… Józef wypił kawę szybciej niż zwykle, a trzeciego zapalił sobie po drodze do samochodu…

Mam przed oczami znajomą. Niespełna trzydziestolatka. Atrakcyjna, miła, inteligentna. Paczkę papierosów zawsze musi mieć przy sobie. Pali 10-15 sztuk dziennie. Na imprezy zabiera dodatkową paczkę, jedna nie wystarcza. Pali bo lubi – standardowa odpowiedź. Pytam znajomych palaczy – pojawia się pewna reguła. Mężczyźni palą, by zaspokoić głód nikotynowy, kobiety, bo papieros staje się niezbędnym dodatkiem ich wizerunku (uważają, że są bardziej sexy?), palenie staje się nawykiem, odruchem. Czyli z jednej strony uzależnia, a z drugiej to rekwizyt potrzebny do trzymania w określonych sytuacjach.

Zastanawiam się, jak to jest w związkach małżeńskich, gdy tylko jedna osoba pali, a druga nie? Pewnie na początku, gdy byli młodzi, palenie papierosów przez ukochaną osobę było do zniesienia. Akceptujemy się przecież razem z naszymi zaletami i wadami. Ale z drugiej strony starzejemy się i z czasem dym zaczyna przeszkadzać, dusić, szczypać w oczy. Co wtedy? Przecież im dłużej się pali, tym trudniej rzucić palenie. A poza tym, to czy będzie się chcieć? Chyba to Bernard Show, zapytany o to, jak pozbyć się nałogu powiedział: „rzucić palenie? – nic prostszego, setki razy już rzucałem.” Może alternatywą jest wciągnięcie w nałóg niepalącego?
Ponieważ sam nie palę, to staram się zrozumieć palących. Jak to się dzieje, że palą? Budowlańcy i taksówkarze, lekarze i nauczyciele, prości i wykształceni, ładni i brzydcy. Młody człowiek, aby uzależnić się, musi palić przez kilka lat. Kiedyś ludzie może nie wiedzieli, że palenie szkodzi, ale teraz? Jak to się dzieje, że świadomie sięgamy po coś, co nam szkodzi? A szlachetne zdrowie? Przeczytałem w mądrej książce, że „palenie tytoniu jest jednym z niewielu dobrze poznanych szkodliwych czynników, na które człowiek dobrowolnie się naraża.”
Jak młoda i chcąca podobać się dziewczyna, która pali, podchodzi do tego, że jej odzież, skóra czy włosy, mają przykry zapach? Palce z czasem zaczynają żółknąć, zęby brązowieć, a dym niszczy jej śliczne oczy? Że sympatia czuje przy pocałunku gorzką ślinę, że palącym trudniej jest znaleźć pracę, że przez gorszą wydolność płuc będzie szybciej męczyć się, dyszeć i pokasływać, że w końcu jako potencjalna matka naraża się na poronienia i bezpłodność – czy to wszystko nic ją nie obchodzi?!
Bo przecież nikt inny tylko ja, decyduję, czy zapalić, czy nie. Papieros sam z siebie nie jest zły. Ktoś musi podłożyć ogień…
Słyszałem jak palacze skarżą się, że są dyskryminowani, że ogranicza się miejsca gdzie mogą zapalić. Ja, gdy piję kawę lub coś jem i nagle wciągnę dym z papierosa osoby palącej obok, tracę apetyt i robi mi się niedobrze. Niektóre lokale mają wyznaczone oddzielne miejsca dla niepalących. Spójrzmy na przykład: kawiarnia w znanym katowickim hipermarkecie. Są tu 42 stoliki. W Polsce pali ok. 50% mężczyzn i ponad 30% kobiet, czyli ok. 40% całej populacji. Dzielimy więc proporcjonalnie na  25 stolików dla niepalących i 17 dla uzależnionych od tytoniu. Tak powinno być, a jak jest? 5 stolików dla stroniących od dymu i 37 dla dym czyniących. Zostawiam bez komentarza. Co więc jest ważniejsze: prawo do wolności palenia, czy prawo do czystego powietrza? Tu mamy dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra to taka, że nie ma złej, a zła, że nie ma dobrej.

Tak sobie myślę, jaka złożona jest ludzka konstrukcja. Najpierw wiedząc, że działamy na swoją niekorzyść, zmuszamy własny organizm, aby przyzwyczaił się do nikotyny. Gdy już wie, że bez niej żyć nie może, a zaczyna jej brakować – alarmuje. Wówczas zapalamy – zaspokajamy potrzebę, czyli odczuwamy przyjemność. Koło destrukcji. Wymyśliliśmy potrzebę służącą do zniszczenia nas samych. Szatański wynalazek? Ciekawe, jest to silniejsze od zdrowego rozsądku. A uczono nas, że największą potrzebą żyjących istot jest zapewnienie przedłużania gatunku…