Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

W 1985 r. w Chicago nie wpuszczono go do restauracji, ponieważ był „nieodpowiednio ubrany". Właśnie wtedy wpadł na pomysł tytułu płyty „No Jacket Required", na której znalazł się słynny przebój „Sussudio". Dzięki temu wiemy, że wizyty w restauracjach, to stały element życia Phila Collinsa.
O prawa do nagrania jego utworów zabiegają raperzy z samej światowej czołówki, sprzedał grube miliony płyt, a zaczynał karierę na ekranie od telewizyjnej reklamówki wzorów do robótek ręcznych.

Najpierw jednak była rodzina – mama zajmująca się dziecięcymi zespołami teatralnymi i tata, agent ubezpieczeniowy. Było też rodzeństwo – późniejszy karykatyurzysta i łyżwiarka. Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się od otrzymanej w wieku pięciu lat palstykowej perkusji, którą mały Phil rozkładał na dywanie i bębnił, przygrywając telewizorowi. W wieku dwunastu lat wreszcie udaje mu się kupić prawdziwą perkusję – za pieniądze pozyskane ze sprzedaży kolejki brata. Cóż, miłość do muzyki prześcignęła braterstwo krwi.

Wróżono mu jednak karierę aktorską – na co wskazywały sukcesy osiągane od amatroskiego kółka teatralnego, aż do szkoły dramatycznej. I tutaj kariera Phila zaczęła się zdecydowanie rozwidlać: z jednej strony coraz częstsze statystowanie w filmach i gra w telewizyjnych serialach; z drugiej strony to tu właśnie założył swój pierwszy zespół Real Thing. Nie sposób wymienić wszystkich zespołów, przez które się przewijał utalentowany aktorsko młody perkusista. Ważne, że zdobywał w nich coraz większe umiejętności i uznanie w muzycznym świecie. W końcu też przyszła ta wiekopomna chwila – lato 1970 roku, kiedy to został zaproszony na przesłuchanie do zespołu Yes, przez Jona Andersona, ale Collins nie przyszedł. Miał już bowiem na oku inny zespół, który właśnie ogłosił w piśmie Melody Maker: „Poszukujemy perkusisty wrażliwego na muzykę akustyczną". I tak się zaczęła przygoda z Genesis.

W tym miejscu trudno nie wspomnieć, że członkowie tej super grupy mieli zwyczaj wychylać szkalneczkę whisky przed każdym koncertem. Wprawdzie dzisiaj nie dojdziemy do tego, czy była to szklaneczka, czy beczułka, ale trudno. Posądzało się ich nawet o alkoholizm, co wkurzało muzyków do nieprzytomności.

Dzisiaj 56.letni Phil mieszka w Szwajcarii z rodziną i wspólnie z żoną, szwajcarską bizneswoman Orianne, prowadzą fundację The Little Dreams, w której pomagają dzieciom spełniać swoje marzenia w sporcie, czy też na polu artystycznym.
Bycie obywatelem Szwajcarii, wywołało potrzebę porozumiewania się po francusku, by czasem „móc komuś zaimponować, zamawiając jakąś potrawę z menu we francuskiej rerstauracji" – jak powiedział w jednym z wywiadów. W innym (dla amerykańskiego „Playboya") żali się na nieznośnych papparazzich, którzy nie dają mu spokojnie zjeść. Gdzie? No pewnie, że w restrauracji. Jak wtedy, kiedy w chińskiej knajpie w Nowym Jorku musiał pogonić fotoreprotera przez pół ulicy. „Dzieci nigdy przedtem nie widziały tatusia w takiem stanie" – opowiada. Jedzenie zresztą stanowi ważny punkt w harmonogramie dnia – nigdy nie rezygnuje ze śniadania i nigdy też nie jada po godzinie szesnastej.

Kilka dni temu śpiewał dla nas w strugach deszczu lejącego się z chorzowskiego nieba. Zapowiadał „Stragny dom nad morzem" i „f…ing deszcz". Potem zagrał rewelacyjny koncert z Genesis. Nie byliście? Żałujcie…