Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Zdarzył wam się kiedyś taki specyficzny moment, w którym przy płaceniu rachunku w restauracji kelner spozierał na was tęsknym wzrokiem? Albo jeszcze inny, w którym za rachunek, dajmy na to, dziewięćdziesięciozłotowy zapłaciliście banknotem stuzłotowym i nie wydano wam reszty? Albo taki, w którym naprędce liczyliście z narzeczoną ile to będzie dziesięć procent od kwoty X i nagle odezwał się w waszym środku diabełek mówiąc: „a czemu akurat dziesięć, przecież zupa nie była najcieplejsza?”, na co jego konkurent w aureoli ripostował: „no daj rzesz, skąpcu obrzydliwy, co najmniej piętnaście, bo przecież na temperaturze zupy świat się nie kończy, a pan kelner tak ładnie ząbki szczerzy!” Jeśli tak, to już wiecie jaki dylemat wiąże się z odpowiedzią na pytanie: dawać napiwek, czy też udawać, że nic takiego nie istnieje?

W jednej z internetowych dyskusji wyczytałem zażalenie pewnego kelnera, że goście napiwków dawać nie chcą, czyli wiocha i tyle! Ależ się głosów nagle zebrało. Jedne żeby dawać, bo nie dać to obciach. Inne głosy za tym, żeby nie dawać, bo marża i tak straszna, więc zarobek nie byle jaki. Na to znowu kelnerzy, że zarobek byle jaki, a marża w przepastnej kieszeni właściciela ląduje, a kelner tak naprawdę z napiwków żyje, skoro pensja mu tylko na tramwaj wystarcza. No to znowu inni, że jak się w sklepie telewizor kupuje, to czy daje się napiwek ekspedientowi, bo ma pensję małą? I tak dalej, i tak dalej – wszystkie strony mają trochę racji, a i tak wszystkiemu winna jest nasza beznadziejna tradycja, w której wpajano nam, że napiwek wręczony przedstawicielowi klasy pracującej mocno go obrazi. Mnie by tam nie obraził!

Przyjęło się, że właściciel lokalu uznaje, że napiwek jest sprawą pomiędzy klientem, a obsługą i to za jego pomocą dziękujemy kelnerom za ich starania. Pamiętam tureckie bistro w Moers tuż pod Holandią, w którym na ladzie stał duży słoik z karteczką informującą o możliwości wrzucania doń napiwków, przy jednoznacznym zapewnieniu, że obsługa napiwków wkładanych do rączki nie przyjmuje. Na koniec zaś miesiąca słoik był opróżniany i głosami obsługi decydowano na co przeznaczyć zgromadzone pieniądze. Zazwyczaj, jak poinformował mnie jeden z właścicieli, kończyło się na niezłej imprezie. Znam też taki malutki pub w Katowicach, gdzie również stoi słoik na napiwki. Tyle tylko, że w lokalu tym obsługują sami właściciele! Zatem uznają oni, że marża marżą, a manifestowanie sympatii dla obsługi zasadne jest swoją drogą. A najciekawsze jest to, że słoik pełniusieńki stoi – możliwe że na podpuchę, ale tego już się nie dowiemy. Fakt pozostaje faktem: z napiwkami w naszych restauracjach należy coś zrobić!

W przeciągu ostatnich pięciu lat tylko w jednym miejscu zostałem zapytany przez kelnera, czy może doliczyć dziesięcioprocentowy napiwek do rachunku, o której to zasadzie informowała również karta dań na pierwszej stronie. Takie rozwiązanie – przyznam, że chyba najlepsze z możliwych – ma kilka zasadniczych zalet. Otóż jedząc za firmowe lub cudze, jak kto woli, pieniądze napiwek jest również objęty fakturą, co z oczywistych powodów jest dla płacącego bardzo wygodne. Kolejną zaletą takiego rozwiązania jest możliwość powiedzenia „nie”, bo przecież nie można założyć z góry, że obsługa przypadnie nam do gustu. Taką jednak umiejętność niewielu z nas posiada, skoro jest ćwiczona na specjalnych kursach asertywności.

Kolejną rzeczą wymagającą zastanowienia jest odpowiedź na pytanie, za co kelnerowi należy się (lub nie) napiwek? Czy za „niepopełnienie błędu”, czyli za obsługę klienta zgodną z wszelkimi prawidłami kelnerskiej sztuki, czy też za szczególną atencję, którą klient został obdarzony? Jeśli jednak wyobrazimy sobie przepływ kilkudziesięciu czy tylko kilkunastu klientów przez jeden stolik dziennie, to przecież trudno oczekiwać, żeby w stosunku do wszystkich kelner dwoił się i troił. Z drugiej zaś strony chcemy mieć przecież wrażenie, że jesteśmy kimś wyjątkowym, w czym dobrze wyszkolony kelner powinien nas utwierdzić. A wszelka wyjątkowość warta jest przecież dodatkowej zapłaty. Dlatego właśnie jeszcze kilka lat temu kupowaliśmy cała masę zbędnych przedmiotów od ulicznych akwizytorów, bo manipulowali nami tak, byśmy się czuli wyjątkowi! Technika znana co najmniej od czasów, kiedy to rajska Ewa dała się wężowi namówić na pospolite jabłko.

Kwestii czy dawać napiwki, czy nie, nie da się rozstrzygnąć w jakiś prosty i uniwersalny sposób. Nawet jeśli będziemy chcieli namówić restauratorów do tego, by wprowadzili system doliczania do rachunku napiwków konsultowany z klientem, to i tak będą mieli słuszny argument, że w ten sposób uczynią swój lokal droższym, co jakąś część klienteli skutecznie odstraszy. Niestety będą mieli rację… Pozostaje iść pod sztandarem hasła Lao Tsy, który twierdził, że podróż na tysiąc mil zaczyna się od pierwszego kroku. Ja napiwki przeważnie daję i będę dawał, bo będąc kelnerem sam chciałbym je otrzymywać. A wy…? Musicie się zastanowić…