Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Ostatnio podsłuchałem radosną wymianę myśli dwóch domorosłych znawców wina. Pierwszy z nich stanowczo utrzymywał, że pewne francuskie wino śmierdzi niczym zużyte skarpetki, co jest efektem chamstwa francuskich właścicieli chateau, którzy próbując stawić czoła tanim winom z nowego świata, dosypują do swoich win różnych świństw. Innymi słowy: Francuzy, bydlaki jedne, niedługo zaczną sypać siarę do wina, żeby tylko było jak najtańsze, a smak i tak nie ma znaczenia, bo durni Polacy kupią byle co, byle na etykiecie pisało: apellations d’origine contrôlée. Pomijając fakt znawstwa smrodu brudnych skarpet (skoro wie jak takie coś może śmierdzieć, to musiał wąchać, prawda?) autor powyższej tezy wydaje się osobą wybitnie spostrzegawczą. Potrafi bowiem obserwować rzeczywistość i wyciągać z niej wnioski, a na koniec się tymi wnioskami z nami podzielić. A wnioski są otóż takie: piliśmy siarczany w bramach czyniąc z zajęcia tego nasze narodowe hobby, a teraz pijemy siarczany w restauracjach lub nabywamy je w hipermarketach. Słowem: syf!

Z dalszej części rozmowy dowiedziałem się o smutnym losie obu panów, wynikającym z konieczności odbywania wielu firmowych imprez na których zmuszeni są wypijać za każdym razem tę samą francuską breję, ponieważ szefowie firmy, którym słoma z butów wystaje, uparli się wciąż te same wina na stoły wykładać. Cóż za straszny los – nie dość, że nie smakuje, to nie ma nawet nadziei na to, że kiedyś ten firmowo – winny repertuar się zmieni. Tak się złożyło, że znam wino, o którym była mowa i to nawet kilka jego roczników. To całkiem przyzwoite wino, tyle że o długim, głębokim, mocno garbnikowym smaku. Nie wszystkim musi pasować, ale z całą pewnością nie śmierdzi… Ma tylko jedną zdecydowaną wadę – jest otóż zbyt tanie! Wada jest to ogromna, bo to ona właśnie każe bardzo często kwestionować jakość wina, jak to swego czasu uczynił pewien solenizant, zamawiając w restauracji wina na własne przyjęcie: – To nie może być dobre! Dobre musi kosztować – zapewniał kelnera, po czym zamówił najdroższe wino w restauracji, którego po imprezie napoczęte ledwie butelki same świadczyły o tym, jak gościom przypadło do gustu.

Kiedyś jeden z moich przyjaciół postanowił zaszaleć i zrobić mi przyjemność, częstując mnie szampanem, który kosztował ponad 1000 zł. Nie wspomnę jakim, bo nie o to idzie. Ważne, że szlachetny ów trunek nie zasługiwał nawet na cenę dwudziestu złotych, co stwierdził sam mój przyjaciel narzekając: „K…, mogliśmy za tę kasę przez tydzień pić dobrą whisky!” Zatem dobre wcale nie znaczy drogie, a złe – tanie. Ba, jest jeszcze inny podział daleko bardziej trafny: otóż pojęcie „dobre” ma wymiar czysto indywidualny. Bo przecież każdy z nas ma prawo do własnych preferencji, przyzwyczajeń i smaków. Tyle tylko, że strasznie trudno to niektórym zrozumieć. Na szczęście jednak skończyły się czasy, kiedy trzeba się było wstydzić swoich własnych upodobań. Macie ochotę na whiskey z coca colą? Proszę bardzo! Krzywiący się na to znajomy sam wystawia sobie nienajlepsze świadectwo. A może ktoś ma ochotę na koniak z lodem, białe wino do dziczyzny, czy sztućce do chińszczyzny? Na zdrowie i na pohybel całym rzeszom nuworyszy.

Cały świat jest pełen osobników, którzy wszystko wiedzą lepiej i najgorsze jest to, że wciąż ich przybywa. Niestety, świat nie staje się od tego przybytku lepszy. Warto jednak czasem pamiętać, że stwierdzenia: „to mi nie smakuje” i „to jest złe” dzieli daleka droga. Wypowiadając pierwsze z nich nie zamykamy furtki indywidualnym gustom kogoś innego, a jedynie wyrażamy własną opinię, do której mamy święte prawo. Wypowiadając drugie zazwyczaj generalizujemy, skazując zdroworozsądkową wymianę sądów na porażkę. Bo jak tu z kimś polemizować, kiedy ten wie, że coś, co nam smakowało, w rzeczywistości nie mogło nam smakować! Wprawdzie wie to od niedawna, bo do wielkiego miasta przybył za pracą spod lublińskiej wsi, gdzie wina pijał albo pod GS-em, albo jak sołtysowi jabłka obrodziły i sam sobie w kanistrze po oleju wybulgotał. Nie przeszkadza mu to jednak wiedzieć z całą mocą, że Żabojady beczki z winem traktują jak chemiczny śmietnik a tę ichnią całą apelację można między bajki włożyć. Szkoda tylko, że ci wszyscy trendy’owcy rzadko kiedy mówią prawdę o rzeczywistym smaku Beaujolais Nouveau, kiedy ogarnia ich rozreklamowane szaleństwo trzeciego czwartku listopada. Bo przecież nie wypada, prawda?