Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Pamiętam pewien irlandzki pub w Manchesterze, w którym kilka dni z rzędu oddawałem się upojnym wieczorom w towarzystwie geriatrycznego zespołu folkowego, wrzasków miejscowej ludności i oczywiście hektolitrów piwa. Zespołowi najlepiej wychodziło wydzieranie się w niebogłosy „Who the f… is Alice?”, publiczności gremialne podskakiwanie, a mnie zamawianie kolejnych kufli u barmana stojącego…  na barze. Drewnianą podłogę od czasu do czasu polewano wodą i nikt nie oglądał się za koszmarnie brzydkimi i piegowatymi Angielkami. Było za to bardzo wesoło, bo wesoło jest zawsze wtedy, kiedy rozwrzeszczana piwna ekipa naśladuje Irlandczyków w ich miłości do złocistego płynu.

Dzień św. Patryka nadchodzi ogromnymi krokami, zatem już niedługo i u nas zaczną się kolorowe parady w zielonych kapeluszach i wychwalanie pod niebiosa Guinnessa, którego w pozostałe dni roku skrzętnie omijamy, bo ani on szczególnie dobry, a już na pewno nie tani. Z drugiej zaś strony, rzeczone święto przypada w środku tygodnia, czyli ni w pięć ni w dziesięć, bo nazajutrz trzeba iść do roboty. I tu wymiękamy przy Irlandczykach, którzy zawsze nazajutrz chadzają do roboty i im to akurat w baletach niespecjalnie przeszkadza. Natomiast nie wymiękamy w miłości do tej zielonej wyspy i raz po raz daje się słyszeć z radiowych głośników kolejny song wykombinowany niczym nocna serenada pod balkonem ukochanej w wykonaniu Róż Europy, Kazika, czy T. Love. Wszyscy wtedy tupiemy nóżkami i cieszymy się z naszej platonicznej miłości.

Różnica pomiędzy nami jest jednak znaczna, a najlepiej ją widać w USA – tam bowiem Irlandczyk skoczy w ogień za drugiego Irlandczyka, podczas gdy Polak zapytany przez rodaka o możliwość pracy, co najwyżej odpowie, że w tym kraju wolnego miejsca pracy nie widziano od czasów Jeffersona! Zatem w naturze naszej drzemią naprawdę istotne różnice – jeden z przedstawicieli młodszego pokolenia mojej rodziny postanowił niedawno wyjechać do Irlandii właśnie, gdzie zajmuje się artystyczną stolarką. Robi artystyczne meble pod okiem irlandzkich rzemieślników, a wieczory spędza w miejscowym pubie. Wiecie co było dlań największym poznawczym szokiem? Otóż tam jak się coś dobrze zrobi, to człowieka za to chwalą. Zupełnie inaczej niż u nas, gdzie prawidłowe wykonanie roboty przechodzi niezauważone, jedyna zaś emocjonalna reakcja szefa występuje tylko wtedy, jak się coś jego zdaniem złego zmajstruje. Ta z pozoru niewielka różnica jest jednak bardzo istotna – pochwaleni chcemy dać z siebie więcej, zganieni czekamy jedynie na koniec szychty.

No cóż… jakaś nić porozumienia jednak między nami i Irlandczykami istnieje. W czasach szumnej młodości spotkałem razu pewnego na namiotowym polu dwóch Irlandczyków, którzy podobnie jak ja z kolegą uważali, że Heilderberg to najładniejsze niemieckie miasto. I tak siedzieliśmy pod namiotem na obcej ziemi, wlewaliśmy w siebie kolejne puszki piwa i rozmawiało nam się wyjątkowo dobrze. Fakt, że i oni i my słabo znaliśmy angielski jeszcze niczego nie przesądzał. Na jednym znaliśmy się razem znakomicie, a mianowicie na smaku pokonywanego w szalonym tempie napoju, z którego każdą wypitą puszką więź pomiędzy naszymi narodami się wzmacniała. Ostatnio zaś mój niemiecki przyjaciel, Ralf, opowiadał mi o zorganizowanym meczu w piłkę nożną w środowisku wielonarodowej emigracji w Niemczech. I proszę sobie wyobrazić, że przy formowaniu drużyn Irlandczycy zawsze ustawiali się z Polakami i odwrotnie. Nie tylko Ralf zauważył wtedy, że coś iskrzy między nami inaczej, niż w przypadku pozostałych nacji.

Może warto zatem to iskrzenie pielęgnować, chociażby nad czwartkowym kuflem piwa. W zielonym kapeluszu, wymachując chorągiewką z zieloną koniczynką i z oczami wbitymi w reklamę Guinessa: „Kiss me, I’m Irish”. A właściwie dlaczego nie? Skoro wśród powodzi atakujących nas z zachodu celebracji wysyłania kartek z serduszkiem w Walentynki, czy zapalania świec w wydrążonej dyni na Helloween, tym bardziej powinniśmy się oddać szaleństwu w dniu św. Patryka. Cały czas mając na uwadze, że o irlandzkich tradycjach warto pamiętać dłużej, niż tylko przez jeden wieczór. Po nim przecież nastąpi piątkowy poranek, który można pięknie zacząć, jeśli się kogoś we własnej firmie po prostu za dobrą robotę pochwali!