Autorem wpisu jest: Jarosław Gibas

Parę dni temu w większym gronie nawiedziliśmy kolegę w Tychach, żeby zjeść mu pół lodówki i sprawdzić, czy Condestable Reserva wciąż tak samo smakuje. Kiedy znaleźliśmy obiekt poszukiwań, z nóg nas ścięły dźwięki dobywające się z pobliskiego baru. Otóż piłował tam gardło i klawisze jakiś domorosły amator dancingów, a echo tegoż piłowania odbijało się od frontonów okolicznych kamienic. Lekko nas zdruzgotała perspektywa delektowania się winem przy takim niecnym akompaniamencie. Na szczęście jednak okna mieszkania kolegi wychodziły na przeciwną stronę i mogliśmy się w skupieniu oddać rozkoszom naszej wizyty. Lasagne adorowały nas swym aromatem, Louis de Funes bawił próbą zdobycia kontraktu na Małego Pływaka, a Monica Bellucci nic nie mówiła, za to jak zwykle ładnie wyglądała. I w pewnym momencie nasz gospodarz komentując zasłyszane przez nas na początku dźwięki dancingowego keybordzisty wypowiada słowo „Jesiony”. Nastała cisza. Perspektywa, z której widzieliśmy ten hałasujący dancingowo bar, zniknęła nagle tak, jak cały de Funes w jednej małej kałuży.

Przecież to te słynne „Pod Jesionami”, w których „z nadzieją patrzysz na kufla dno”! To jeden z nielicznych barów, o których swego czasu pół Polski śpiewało piosenkę! To miejsce, w którym zalewał robaka Riedel – bóg bluesa i szaman czarnych kapeluszy! Kiedy The Doors sławiło każdy kolejny whisky bar, Riedel napisał piosenkę o jednym, konkretnym. Ileż takich miejsc w naszym kraju może się czymś takim pochwalić? I teraz, kiedy już tworzy się legenda, kiedy organizowany jest Riedlowski festiwal, kiedy lada dzień do kin wejdzie biograficzny o nim film, w tej słynnej knajpie posłuchać można jakiegoś weselnego wycia! To tak, jakby na grobie Jime Morrisona posadzić rzodkiewki! Powiem więcej, to tak, jakby spotkać dziewczynę ze snu podkręconego wieloletnim przeglądaniem amerykańskiego Playboya, pójść z nią na drinka, zdobyć zainteresowanie i ochotę na konsumpcję znajomości i… pójść do domu mówiąc, że już późno, a jutro trzeba rano wstać! Większego frajerstwa nie można sobie wyobrazić.

Tak wiele lokali gastronomicznych, od zwykłych barów, przez puby, po restauracje, tyle czasu poświęca na stworzenie swojej rozpoznawalnej odmienności. Wymyślają więc czasami niestworzone rzeczy po to, by klient miał wrażenie przebywania w miejscu szczególnym. Żeby chciał do tego miejsca wracać i chwalić się znajomym, że odkrył knajpę jedyną w swoim rodzaju. I powstają dzięki temu restauracje indiańskie w Sosnowcu, ormiańskie w Siemianowicach i jeszcze jakie tylko sobie można wyobrazić. Pośród tysiąca okolicznych lokali trwa nieustanna walka na inność. Bo bycie miejscem szczególnym zapewnia rozpoznawalność, zapewnia klientów z oddali, a nie tylko tych, którzy przyczłapią z tej samej ulicy. Zapewnia też łakomych na inność recenzentów, którzy potem piszą o knajpie w całym wachlarzu gazet powodując, że kolejni restauracyjni maniacy będą chcieli (lub nie) wydać tam swoje pieniądze. W końcu też inność lokalu wpływa na postrzeganie miejsca, w którym się znajduje, bo przecież ludzie ludziom przekazują informację „wiesz, jak tam jest super?” Tymczasem lokal „Jesiony”, który już niczego nie musi szukać, którego rozpoznawalność i szczególność wyśpiewała legenda polskiej muzycznej sceny, wydaje się mieć to gdzieś. Zamiast wykorzystać sławę i chwałę Riedla i Dżemu, którą ma za darmochę i zachęcać przyjezdnych do zajęcia miejsca przy tym samym stoliku, przy którym powstały słowa „twój mały, półprywatny świat”, wali w sobotni wieczór imprezę dla amatorów kiczu! Jasne, że część legendy w takim miejscu się zmyśla – ale robią tak na całym świecie i nikomu to nie przeszkadza. Najlepszym przykładem jest czeska „U kelicha”, która dla wielu praskich turystów stała się przystankiem obowiązkowym. No bo jak to, być w Pradze i nie zajrzeć do „U Kelicha”? Dokładnie tak samo (jasne, że na dużo mniejszą skalę) mogłoby to działać w Tychach, gdzie każdy szanujący się fan twórczości Dżemu i Riedla w Polsce miałby za punkt honoru wizytę w „Jesionach”.

Siłę tego, o czym tu przekonuję, widać było następnego dnia rano, kiedy od ósmej do dziewiątej czekaliśmy na otwarcie „Jesionów”. Chciało nam się czekać, bo to były te „Jesiony”, te jedyne i niepowtarzalne, w których też chcieliśmy wypatrzeć Afrodytę w piwnej pianie. Cóż z tego, kiedy o przewidzianej porze , wypisanej i zawieszonej na drzwiach, lokal wciąż stał zamknięty na cztery spusty. Smutne, prawda? Ba…, jeszcze smutniejsze…